czwartek, 4 kwietnia 2024

Chris Thomson

[Głos ma Mentor. Tekst pochodzi z roku 2004 i został oryginalnie opublikowany w magazynie Antena Krzyku.] 

W słusznym wieku człowiek ma prawo do swoich dziwactw. Moje to "warte-lepszej-sprawy-obsesyjne-przywiązanie-do-terminu-punk rock". W smutnym kraju nad Wisłą to rzeczywiście dziwactwo. Mój punk rock nie ma nic wspólnego z wynurzeniami bohaterów książki „PRL – Punk Rock Later”. Nie ma nic wspólnego z muzyką większości grup, o których piszą obecnie w fanzinach. Nie ma nic wspólnego z publicznością Punkowej Orkiestry Świątecznej Pomocy. 

Dobrym punktem odniesienia do "mojego" punk rocka jest Chris Thomson i jego zespoły: Soulside, Ignition, Fury, Circus Lupus, Las Mordidas Monorchid, Skull Kontorol i Red Eyed Legends. Postać ogólnie nieznana. Jego nowa grupa, Red Eyed Legends, wydała właśnie debiutancką epkę, a Dischord wypuścił zremasteryzowaną reedycję pierwszego albumu Circus Lupus. Pomyślałem, że to dobra okazja by zrobić z nim wywiad. Wysłałem mailem pytania i po kilku tygodniach dostałem odpowiedź, tylko że w formie listu. Z dopiskiem: "I think it makes sense". Zrobił to po swojemu i chyba miał rację. Zresztą sami Państwo ocenią.
Czołem, nazywam się Chris Thomson. Jestem muzykiem, choć tak naprawdę się za niego. Jeśli nie słuchaliście punk rocka, bądź math rocka, bądź noise rocka, bądź... - jakkolwiek chcecie nazwać muzykę tworzoną w Waszyngtonie, DC w ciągu ostatnich piętnastu lat – z całą pewnością nic byście o mnie nie wiedzieli. Dorastałem w Waszyngtonie, DC. 

Najprawdopodobniej nie macie o tym pojęcia, ale ta okolica od pewnego czasu regularnie wypuszczała na świat wiele niezwykłych zespołów – od punk rocka i hardcore począwszy, a skończywszy na lokalnej muzyce tanecznej zwanej go go. Z jakiegoś też powodu DC było od zawsze regularnym celem wizyt wielu zespołów w trasie. Można było też znaleźć tam wspaniałe sklepy z płytami i miejsca, do grania koncertów. Sądzę, że dorastając tam zostałem po prostu skazany na muzykę. 

 W tamtych czasach powstało tam wiele wspaniałej muzyki. Większość z niej robiły zespoły kojarzone z Dischord Records. Będąc nastolatkiem z pewnymi określonymi poglądami trzeba było zająć się graniem. Graniem oraz robieniem sobie kolejnych tatuaży, wiecie o co chodzi? Dorastając w innych miejscach można było pójść w świat deskorolek, sportu, bądź nauki. W Waszyngtonie zakładało się zespół i grało punk rocka. 

Moim sąsiadem był Bobby Sullivan. Śpiewał później w Lunch Meat, Soulside, Seven League Boots i kilku innych grupach. Jego brat Mark, znany z King Face, był wtedy członkiem zespołu The Silknees, który przekształcił się później w Teen Idles. Miałem jedenaście czy dwanaście lat, kiedy trafiłem na próbę The Silknees. W świat głośnej i dziwnej muzyki zostałem więc wprowadzony w bardzo młodym wieku. 

Moje muzyczne zaangażowanie wzięło się właśnie z tego, że przyszło mi dorastać w określonym czasie w DC. Grałem już wcześniej w kilku zespołach, ale moim pierwszym prawdziwym bandem był Lunch Meat. Grałem z nimi na basie. Zrobiliśmy kilka piosenek i wydaliśmy siedmiocalówkę. Wszystko skończyło się, kiedy poszliśmy do college’u, ale przez ten czas graliśmy próby i robiliśmy nowe utwory. Po roku byliśmy już znacznie lepszymi muzykami, zdolnymi tworzyć bardziej rozbudowane kompozycje. Z tego materiału powstał pierwszy album Soulside, "Less Deep Inside Keeps". 



W czasie przerwy w college’u wróciłem do DC i zaprzyjaźniłem się z Chrisem Baldem. Było to w okolicach 1986 roku i były to początki Ignition. Zaproszenie do grania z nimi było dla mnie naprawdę wielką sprawą. Byłem ogromnym fanem Faith, poprzedniego zespołu Chrisa i Aleca. Widziałem też Dante, grającego na perkusji z Iron Cross i Gray Matter. Granie z tymi gośćmi nieco mnie przerażało.

#1: Kilka miesięcy temu Dischord wypuścił długo wyczekiwaną kompaktową reedycję „Less Deep Inside Keeps”. Nie słuchałem tej płyty od dawna i zachwyciłem się odkrywając ją na nowo. OK, może to nieco archaicznie już brzmiący hardcore, jednak ekspresja i energia tej muzyki nie zdewaluowały się nic a nic. Biorąc pod uwagę fakt, że płyta została nagrana przez nastolatków, jest to rzecz wyjątkowa. Tak samo jak późniejsze dokonania zespołu, już bez Chrisa na basie. Ignition to, moim zdaniem, grupa wybitna. Z DC HC tak naprawdę zetknąłem się gdzieś w okolicach 1989 roku. Fugazi zaczynało dopiero karierę i w tym czasie Ignition było czymś w rodzaju sumienia Dischord. Kilku moich znajomych nosi do dziś tatuaże z ich logo i jestem pewien, że nie traktują ich jako błędów młodości.  

W trasy tak naprawdę zacząłem jeździć dopiero z Ignition. Teraz nikt o tym nie pamięta, ale w tych najdawniejszych czasach zespoły z DC tak naprawdę nie jeździły w trasy. Dopiero w późnych latach 80. zespoły stamtąd zaczęły jeździć na dłuższe wyprawy. Pewnie miało to wiele wspólnego z tym, że Europa stała się dla nas naturalnym miejscem do grania. Pojawili się tam ludzie zdolni bookować trasy po kontynencie i myślę, że po tych właśnie blokować doświadczeniach ludzie napalili się koncertowanie po Stanach. USA to ogromny kraj i pomijając wielkie miasta jest tam naprawdę niewiele stałych miejsc do grania koncertów. 

Trasa po Europie zrobiła na nas naprawdę kolosalne wrażenie. Poraziło nas to, jak bardzo amerykański punk i muzyka z DC wpłynęły na sceny w innych krajach. W Stanach nie tak wiele ludzi słuchało punk rocka i odkrycie, że tak wielu Europejczyków słucha muzyki z DC i interesuje się grupami stamtąd, było dla nas czymś bardzo ożywczym. Grając z Norwegami z So Much Hate odkryliśmy, że dzielimy szacunek i czerpiemy wspólną inspirację z dokonań brytyjskich anarchopunkowców w rodzaju Rudimentary Peni. Jednak oni interpretowali to wszystko zupełnie inaczej i dzieląc te same inspiracje poszliśmy w zupełnie innych kierunkach. Ludzie w Stanach są znacznie bardziej zadowoleni z siebie. Zawsze ceniłem u Europejczyków ich zdolność do mówienia prawdy prosto w twarz. 



 # 2: Od lat jedną z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt jest "Super Genius", pierwszy album Circus Lupus. Nie potrafię logicznie wytłumaczyć, dlaczego. Surowy gitarowy jazgot i neurotyczne wokalizy Thomsona na pierwszy rzut ucha nie wydają się niczym specjalnym, jednak... W recenzji tej płyty w New Musical Express pojawiło się określenie, że jest to "muzyka przypiekanych dusz" i myślę, że jest w tym sporo prawdy. Niedoceniany za życia Circus Lupus to zespół, bez którego dzisiejsza scena byłaby znacznie uboższa. Swoją drogą, termin "post hardcore" użyty został po raz pierwszy chyba przy okazji recenzji tej płyty.




Circus Lupus powstał w Madison w stanie Wisconsin. Pojechałem tam za moją żoną, z nadzieją na ukończenie studiów bez zakłóceń wynikających z grania w zespołach. Reg Shrader, pierwszy basista Circus Lupus, był przyjacielem mieszkańca Marka Robinsona. Waszyngtończyka, którego znałem z czasów grania na basie w jego grupie Unrest. Reg chodził do collage’u w okolicach Chicago i był wielkim fanem szybko rozwijającej się tamtejszej sceny. Kontakt z utrzymanym w całkiem innej stylistyce hałaśliwym punkiem był czymś, co otworzyło mi oczy. Po okresie słuchania dużej ilości muzyki z DC odkrycie czegoś nowego było niezwykle ożywcze. Podobało mi się, że te zespoły z Midwestu różniły się od hardcore i punka, na których się wychowałem. Mogłem usłyszeć inspiracje Big Black, Scratch Acid i Jesus Lizard kilkoma bardziej eksperymentalnymi formacjami, jak Chrome, Kraftwerk czy Foetus, których sam też zaczynałem wtedy słuchać. 

Dałem się porwać energii tej muzyki, jej napastliwej naturze. Podobało mi się też, że ta nowa muzyka nie była też już tak otwarcie polityczna. Drażniła mnie już wtedy mędrkowata natura, która zdominowała hardcore i punk w późnych latach 80. i na początku 90. Myślę, że pochodząc z DC już zawsze będę nosił ze sobą bagaż związany ze straight edge i swoistą politycznością tego miejsca. Znałem wielu straightedge’owych dzieciaków, którzy później stali się wstrętnymi pijakami. Znałem też wielu mądrzących się wegan, którzy jedzą teraz żarcie z fast foodów. Uważam, że nikt nie ma prawa się wymądrzać, jeżeli nie poświęci swojego życia na praktykowanie tego o czym mówi. Dlatego właśnie cieszyła mnie wówczas ta nowa muzyka, w której było miejsce i na energię, i na własne poglądy na rzeczywistość i do tego nie była jeszcze dosłownie polityczna. Z Circus Lupus opuściliśmy Madison z myślą, że scena DC może być się dla nas nieco bardziej pomocna. Nie byliśmy też jako zespół zbyt dobrze odbierani przez scenę w tym mieście. Reg Shrader wybrał Chicago, reszta z nas przeprowadziła się do DC. Przeprowadzka uświadomiła nam, że scena waszyngtońska bardzo się rozwinęła, a tamtejsze zespoły zaczęły troszkę bardziej eksperymentować. 



Joan Jett była przyjaciółką Fugazi, a do dziś jest fanką Lungfish, których zabierała ze sobą w trasy. Fugazi, a szczególnie Joe Lally, który w tym pośredniczył, zachęcili ją do sprawdzenia grających w Nowym Jorku kilku zespołów z DC. Circus Lupus wystąpili w CBGB’s, wraz z Jawbox i Shudder to Think i Joe powiedział mi wcześniej, bym wypatrywał tam Joan. Spotkanie z nią było dla nas naprawdę wielką sprawą. Byłem wielkim fanem Joan Jett, by wspomnieć tylko The Runaways i wyprodukowanym przez nią albumem The Germs. Spodobał się jej nasz koncert i poprosiliśmy ją, by wyprodukowała naszego singla. 

Sześć tygodni w jednym vanie w dziesięć osób. Dlatego w końcu przestaliśmy się lubić. Lungfish i Circus Lupus zagrały wspólną trasę po Europie. Oba zespoły dobrze wiedziały na czym stoją i całość zorganizowana była tak, że oba grały za jedną stawkę. Pod koniec trasy nagromadzony stres spowodował, że wszystko zaczęło się sypać. 

#3: Jon Carson napisał o Monorchid: "Jest tu wszystko: serce i flaki. Tak prawdziwe, jak tylko jest to możliwe" i trudno lepiej ująć fenomen tej grupy. Zwłaszcza, że ich spazmatycznego rocka trudno rozpatrywać w kategoriach czysto muzycznych. Monorchid był trochę sumieniem "dorosłego" punk rocka. Nie akceptowali tego, co działo się wokoło i łamali reguły. W czasach, kiedy underground zdominowały nuda, marazm i przewidywalność, Chris przyjął rolę popsujzabawy. Chwała mu za to. 

Monorchid zaczął grać pod nazwą The Orchids. Andy Cone był tym przybyszem z kosmosu, który próbował ściągnąć mnie do grania w jego imprezowym zespole. Przez sześć miesięcy graliśmy z Aaronem Olsenem na perkusji i Fredem Erskine na basie. Z czasem projekt przeistoczył się w poważny zespół. Andy pozyskał do niego swojego starego przyjaciela Toma Allnuta, świeżo przybyłego do DC Andy’ego Coronado, tudzież Chrisa Hamley'a. 

Monorchid tak naprawdę był wyrazem naszego prawa do zabawy. W tych czasach wszystko związane z muzyką stało się zbyt poważne i wyreżyserowane. Wydawało nam się śmieszne, że wszystkie te zespoły stały się nagle bardzo poważne i próbowały podpisywać kontrakty z dużymi wytwórniami. Nie żebym miał do nich żal, ale wydało się to zaprzeczeniem tego wszystkiego, co przyciągnęło nas do punka. Wydaje mi się, że zaczęło mi się znacznie lepiej powodzić od momentu, kiedy odszedłem od robienia muzyki i skoncentrowałem się na wokalach. 



W Circus Lupus, Monorchid i Skull Kontrol, muzyka zawsze powstawała na zasadzie współpracy: ktoś przychodził z riffem i wtedy każdy mógł pracować nad wypełnieniem pustej przestrzeni i zbudowania wokół tego utworu. Muzyka staje się bardziej niezwykła, kiedy kompozycje powstają w wyniku wysiłku całej grupy. 

 O czym śpiewam? Od zawsze lubiłem muzykę punk, ponieważ jest bardzo bezpośrednia i nie podchodzi też zbyt poważnie do siebie samej. Poza tym, czy nie była ona też reakcją na kunszt klasycznych zespołów rockowych i ich rozdmuchany proces twórczy? Podążałem tropem tej cwaniaczkowatej tradycji próbowałem pisać teksty będące odbiciem moich poglądów, szczególnie na temat tego, jak bardzo banalna stała się muzyka. Kiedy zaczynałem grać, muzycy w Waszyngtonie byli bardzo podjarani i nikt nie oczekiwał tego, że ich kawałki będą grane w radiu, albo że zarobią w ten sposób na życie. Pod koniec lat 80., kiedy punkiem zainteresowało się znacznie więcej osób i pojawiło się więcej miejsc do grania, pojęcie bycia w zespole uległo zmianie. Wkurzało mnie to, że coraz więcej kumpli zaczęło tworzyć plany marketingowe i zatrudniać speców od promocji. Biorąc pod uwagę historię punk rocka, było to żałosne. Ludzie zaczęli myśleć, że mogą zarobić na tym duże pieniądze. W wielkim skrócie: podoba mi się rola bycia cwaniaczkiem, który wytyka paluchem i wygłasza swoje opinie. Wspaniałą rzeczą w punk rocku jest to, że każdy -niezależnie od muzycznego talentu czy podejścia do temat - może grać tę rolę. Zawsze podobała mi się postawa: „jeżeli nie podoba ci się to co słyszysz, załóż swój własny zespół i sam wyjdź na scenę”.

# 4: Skull Kontrol przemknął przez rockowy underground prawie niezauważony, pozostawiając po sobie jedynie dwie fantastyczne epki wydane przez Touch and Go Records. 

Skull Kontrol było, mniej więcej, próbą rozwinięcia części materiału, który nie został nagrany z powodu nagłej śmierci Monorchid. Im dłużej grałem muzykę, tym bardziej lokowałem się w godnej pozazdroszczenia pozycji bycia zdolnym do pozyskiwania nowych muzyków. Takich, których sposób grania podziwiałem od dawna. 

Skull Kontrol dał mi możliwość współpracy z Kim Thompson i Brooksem Headly - dwójką muzyków, których szanowałem i z którymi zawsze chciałem grać. Andy Coronado zmienił bas na gitarę, co dało sporo świeżości i pomogło utrzymać całość w bardzo surowej formie. 


# 5: Pod koniec zeszłego roku dotarła do mnie wiadomość, że Chris ma w końcu nowy zespół, tym razem w Chicago. Nazywa się Red Eyed Legends i ma na koncie epkę z siedmioma utworami wydaną przez GSL Records. 

Czas przedstawić Red Eyed Legends. Nie wiem, czy kiedykolwiek był taki czas, kiedy nie chciałem robić muzyki. Cieszy mnie proces twórczy, lubię tworzyć nowe i interesujące dźwięki. Dlatego właśnie powstało Red Eyed Legends. Nie chodzi o chęć zarobienia na życie - chodzi o to, by sprawiało to radość i było interesujące. Im dłużej gram muzykę, tym bardziej chcę penetrować nowe stylistyki. 

Każdy zespół, w którym grałem, był inny i jestem szczęśliwy, że ludzie interesowali się tym, co robię. To pytania o to, co teraz robię, są z całą pewnością zachętą by ciągnąć to wszystko dalej. W tym zespole znowu chwyciłem za gitarę i próbuję bardziej angażować się w tworzenie muzyki. Inspiracje i wpływy są te same. Może, poza tym, że tym razem wszystko chyli się bardziej stronę rockowo-metalową. Może jest to poprawiona wersja Circus Lupus? 

Ludzie od zawsze pytają mnie, dlaczego moje zespoły tak szybko się rozpadają? Czy jestem osobą trudną we współpracy? Dziwią mnie trochę pytania o to, jak ja sam ocieniam sukcesy moich zespołów. Dla mnie tworzenie muzyki zawsze sprowadzało się do łamania reguł. Każdy zespół był zawsze efektem współpracy grupy osób. Granie muzyki na tym poziomie nie jest łatwe, szczególnie, że nie jest to satysfakcjonujące finansowo. Nie jest łatwo grać dzień po dniu dla niewielkiej publiczności. Frustrujący jest fakt, że kiedy wracasz z trasy jesteś zmuszony pożyczać pieniądze na czynsz i rachunki. Nie mogę przystawić komuś pistoletu do głowy, kiedy chce opuścić zespół. To wspólne doświadczenie i szanuję każdego, z kim kiedykolwiek grałem. 

Robię muzykę. Gram koncerty. Nagrywam płyty. Za to jestem odpowiedzialny. Utrzymywanie razem zespołu, wynajmowanie zastępczych muzyków, nie jest moim zadaniem. Pozostawiam to innym, zdeterminowanym na odniesienie sukcesu. 

Mogę jednak powiedzieć, że Red Eyed Legends będą jeszcze przez jakiś czas istnieli. Przeszliśmy już przez trzy inkarnację i myślę, że nie będzie już ich więcej. Starzeję się i myślę, że właśnie ta grupa będzie dla mnie nową możliwością robienia muzyki. Czasami naszym pragnieniem będą występy na żywo, innym razem będzie to nasz pasją tworzenia muzyki. Red Eyed Legend mają na koncie wydaną niedawno epkę. Pracujemy na mnóstwem nowego materiału, zaczynamy podróżować i koncertować. Ostatnio dołączył do zespołu pełnoetatowy klawiszowiec. Jestem bardzo podekscytowany kierunkiem, w którym zmierzamy i tym, co wydarzy się w przyszłości. Mam nadzieję, że w przyszłym roku przyjedziemy do Europy. 



# 6: Nie przyjechali. Chris grał jeszcze później przez chwilę w zespole Coffin Pricks. Nagrali singla i słuch o nich zaginął.

sobota, 30 grudnia 2023


Rick Froberg passed away six months ago, on 30th of June, 2023. To keep his memory alive, here is the short online interview I did with him during the lockdown of late 2020 and early 2021. 




I saw Hot Snakes live eight times, Obits twice. But I only spoke to Rick Froberg once. And that was after their gig in Nottingham. I got Ryanair vouchers for my birthday. I worked hard on my sadly lost Baza bar. So when they announced a short tour of the UK, I decided to treat myself and go and see them again. After the London date fell through due to other commitments, I went for a weekend in the Big Smoke and a trip to Notts. 

This was shortly after I had successfully raised the money to publish my novel 'Weltschmerz Hardcore'. I was so happy and during the trip I wrote a piece for my zine, which was a bonus for people who had pre-ordered the book. After the show in Nottingham there was a wonderful after party. I had the idea that there should be a piece on Hot Snakes in my zine. I talked to Rick about it and he agreed to an email interview. He was surprised to hear that I had come all the way from Poland to see them play. I was in a good mood at the time and tried to explain to him that I wasn't crazy at all. Ultimately, no one is surprised when old people travel to watch their team. I'm not much of a football fan, but I do travel to see my favourite bands. As an official Hot Snakes die hard supporter, I went to Lille that year and then I went to Nottingham. 

I came back and emailed Rick. I never heard back from him. That just happened to be the time of the pandemic and then the book launch. I was busy with other things so I gave the idea a rest. I picked it up again during the second lockdown. I had no money left to support myself, and for the sake of my mental health I started a brand new zine. This time he replied very laconically, but I managed to turn it into a beautiful story about how much I loved his band. It was published in the second issue of my zine, 'Revolution Rock'. 

"His art made life better," wrote his bandmate John Ries. - The only thing he loved more than art and rock and roll was his friends. He will forever be remembered for his creativity, his vision and his ability to bring beauty into this world". 

His legacy lives on. I have been listening to the Hot Snakes today and I will continue to do so in the future. Just to make my own life a little better.





















How do you deal with the rough pandemic reality of 2020? Both personal and bandwise. Is there any lesson coming from the whole experience? 

Rick: We don't go anywhere or do anything. Both personal and bandwise. Same as everybody else. Whatever lessons are going to come out of the experience will, or at least should be, obvious to all in time. 




On your Instagram you put some artwork dealing with Covid issues, encouraging people to wear masks and wash hands. Do you find it important to spread it through your music? 

Rick: I have no social media and no access to our social media, so that wasn't me. Personally, I think there's plenty of that crap out there already and you don't need to hear more of it from a rock band. 

Can nostalgia be creative? 

Rick: Strictly speaking, yes I think so. Take two things that weren't previously conjoined - nostalgic or not - and throw them together and violà! Something new. 




Back in the day I got one of your tshirts I still admire a lot with the Rock und Kunst. Could you tell us what was the idea behind the artwork? How does it relate to things you are doing with Hot Snakes? 

Rick: Just a one off  t-shirt design. I don't think I even have one of those. Surprised you'd have it in Poland. It was just a sort of one-off  Das Boot gag, which probably won't have much bearing on what we/I do going forward. 




The book I wrote is based on the idea of a compilation tape, telling someone's story in punk rock songs. What will be on your compilation tape? Could you name a few songs which relate the most to you personally and tell us why in one or two sentences? 

Rick: I'd imagine our stories would be best told through our own music. As much as I like many, many other things, I think for better or for worse our compilation tape is being made in real time by us and is us. That, and whatever else we do, collectively or individually, is going to be real story. Much in the same way that your book is going to say a lot more about you than your playlist choices. 

Well, you are still affiliated with punk rock. There’s a sentence in my book saying that music which intended to be a voice of pissed off kids still works as a soundrack to daily grind for disillusioned adults. Agree or disagree? 

Rick: That's really not up to me. I suppose there's worse things to be affiliated with. Not running down punk rock, I just think it's a small part of a larger continuum. It seems to me that the music you discover during your formative years stays with you and will forever be, to you, the best music.

Who are some of you favourite writers of all time and could you name some of your favourite books? 

Rick: Hmm. Dashiell Hammet, Raymond Chandler, Orwell, Cervantes. Dunno what my favorites would be. I have a tendency to read a book once and pass it on. 





As far as I am concerned your music taste is pretty diverse. Why are you stuck to guitar rockandroll as a form of expression of your choice? 

Rick: I like the format. There's a lot you can do with it. It's all I really understand. Other things may go in, but they come out the other end rockandroll. 

What's been the Hot Snakes greatest achievement so far? 

Rick: Hanging in there. In our own way. 

How would you like to be remembered as a band? 

R:  As the best band ever.  Failing that, it would be nice just to be remembered at all.

środa, 11 lutego 2015

Lungfish


Trudno robić wywiad z Lungfish. Ich muzyka nie potrzebuje dodatków. Ja spróbowałem, z mizernym efektem. Ale i tak jestem dumny, że udało mi się z nimi porozmawiać. Wywiad opublikowany w Antenie Krzyku 01.2004. 

Lungfish

















25 września 2003 roku udało mi się po dziesięciu latach przerwy po raz trzeci zobaczyć w akcji pochodzący z Baltimore kwartet Lungfish. Od tego koncertu minął już jakiś czas, jednak w dalszym ciągu jestem pod jego ogromnym wrażeniem. Właśnie dlatego, zamiast mętnych wywodów, jako wstęp do rozmowy z gitarzystą zespołu, Asą Osbornem, przytoczę cytat pochodzący z książeczki dołączonej do urodzinowego boxu Dischord Records: „Lungfish rzadko grywają koncerty i jedynie co kilka lat wydają płyty, jednak ich hipnotyczne muzyczne repetycje i tekstowa medytacja, pociągnęły za nimi grupę fanów zawsze gotowych na więcej. Krytycy narzekają, że Lungfish przez cały czas wydają się grać te same piosenki, ale ci, którzy wiedzą swoje mówią na to: ‘Tak, ale jakie to niezwykłe piosenki’”.

(Daniel Higgs na koncercie, po którym został zrobiony ten wywiad. fot. Bogusz Złotkowski)


















Jesteście jedynym zespołem z Dischord Records, który nie pochodzi z Waszyngtonu. Czy cieszy was fakt, że jesteście jedynym odstępstwem od reguły? 

Nie czuję, żebyśmy byli jakimkolwiek odstępstwem od reguły. Nie wiem jedynie dlaczego tak naprawdę nagrywamy dla Dischord, chociaż nie jesteśmy z DC. Może stało się tak dlatego, że często graliśmy w Waszyngtonie. Znamy tych ludzi i bardzo podobała nam się tamtejsza scena. Dlatego właśnie czujemy się bardzo szczęśliwi z fakty, że nagrywamy właśnie dla nich. 

Jak to się wszystko zaczęło? Wiem, że korzenie Lungfish to inny zespół pochodzący z Baltimore – Reptile House. 

Po rozpadzie Reptile House, Daniel, ja i nasz Pierwszy basista (John Chriest – przyp. WK) założyliśmy nowy zespół i zaczęliśmy wspólnie tworzyć muzykę. Było to w okolicach 1987 roku. Później dołączył do nas Mitchel, nasz perkusista i graliśmy dobre kilka lat, zanim wydaliśmy nasz pierwszy album. Myślę, że było to w okolicach 1990 roku. Później Dischord zaproponował nam wydanie płyty i już z nimi zrobiliśmy nasz drugi album. Dodam, że pierwszy („Neklace of Heads” – przyp.WK) powstał w koprodukcji Dischord i Simple Machines. Tak wyglądają nasz korzenie. Zespół ma już 16 lat. 

Co motywuje was do tworzenia muzyki przez tak długi czas? Potrafisz to jakoś nazwać? 

To muzyka, właściwie siła muzyki. Także przyjaźń – jako zespół przeszliśmy wiele wzlotów i upadków i bardzo dbamy o siebie nawzajem. Gramy wspólnie muzykę i chcemy grać aż do momentu, kiedy nie będziemy już w stanie tego robić. 


(Asa Osborne i autor w trakcie robienia wywiadu, fot. Bogusz Złotkowski)


Dlaczego robicie właśnie to, co robicie? Co oznacza dla was granie muzyki. 

Dla mnie znaczy bardzo wiele. Słuchamy dużo muzyki i każdy, kto kiedykolwiek ją grał wie, że jest to pewien sposób wyzwolenia. To pewien rodzaj świętości. Ludzie próbują wyzwalać się w różny sposób: ćwicząc, biegając, bądź okaleczając się. Dla nas jest tym właśnie granie muzyki. Nigdy nas to nie męczy – mimo, że mamy próby dwa razy w tygodniu, jeździmy w trasy i słuchamy setek innych zespołów. 

Wasza muzyka jest bardzo uduchowiona. Czuć w niej też wszystkie emocje, które wkładacie w jej granie. Czy muzyka jest dobrym sposobem na ich oczyszczenie? Czy w tych paskudnych czasach może być siłą uzdrawiającą? 

Wiem, co mas na myśli ale mogę jedynie przypuszczać, jak nasza muzyka jest postrzegana przez innych. Wszystko, czego pragniemy, to grać dobrze i grać dobrą muzykę. To nas rusza i miło słyszeć, że rusza one też i innych ludzi. Że jest czymś wspólnotowym. Tym był zawsze dla nas punkrock. Że nie chodziło jedynie o zespoły i kawałki, ale o bycie razem i dzielenie się pewnym doświadczeniem. Wydaje mi się, że właśnie to czyni muzykę czymś wyjątkowym. Jest to coś niedefiniowalnego. Coś, czego nie można przedstawić za pomocą obrazka, bądź druku. To pewien moment.  

Wasza muzyka wyszła poza kraj, z którego pochodzicie. Sam znam wielu ludzi w Polsce, którzy uwielbiają wasz zespół. Czy można postrzegać waszą muzykę jako coś w rodzaju uniwersalnego języka? 

Czuję, że tak właśnie jest. To, że lubią ją ludzie w Polsce i w innych odległych miejscach, jest czym niewiarygodnym i czujemy z tego powodu wielką pokorę. Osobiście uważam, że generalnie muzyka to uniwersalny język. Myślę, że muzyka, której słucham, czyni mnie osobą lepszą i bardziej pozytywnie nastawioną do świata, w którym żyję. 

Daniel jest autorem wspaniałych tekstów waszych piosenka. Ale to ciebie muszę spytać, jak ważne jest przesłanie, które niesie wasza muzyka? 

Sam też uważam, że teksty Daniela są niesamowite. Jednak sam nie wiem do końca, co miał on na myśli i dla tego tworze dla tych tekstów pewne obrazy w moim mózgu. Z drugiej strony właśnie to w nich lubię – nie są ani tematyczne, ani polityczne. Są po prostu piękne!

Wasz ostatni album nosi tytuł „Love is Love”. Jak ty sam go interpretujesz?  

Daniel powiedział pewnego dnia: „Love is Love” i uznaliśmy, że będzie to dobry tytuł płyty. To znaczy, po prostu, że miłość jest właśnie tym czym jest. Śpiewali także o tym The Beatles i Sonic Youth...

Czy nie sądzisz, że czasami wasza twórczość może być opacznie rozumiana przez słuchaczy? Czy jesteście tego świadomi? 

Z całą pewnością często jesteśmy rozumiani opacznie, ale z drugiej strony ja sam mam kłopot z wyjaśnieniem tego, co chcemy robić. Czuję, że czasami sam trochę mącę próbując o tym mówić. Nie mamy żadnego określonego przesłania. Próbujemy pisać dobre utwory, ale nasze teksty nie mają określonego przesłania. Myślę, że właśnie z tego powodu ludzie mają z nami pewien problem. Ale dla mnie jest to OK. Jesteśmy tylko ludźmi i nie jesteśmy w stanie pojąć wszystkiego, a nasza muzyka nie jest też adresowana dla wszystkich. Nie jest to powód do frustracji, bo po prostu rozumiem, że dla wielu nie ma ona żadnego znaczenia. 



Czy można powiedzieć, że pozostawiacie słuchaczowi swobodę interpretacji waszej twórczości? 

Tak. Mogę powiedzieć, że z całą pewnością tak właśnie jest. To właśnie my robimy nasze utwory i dzieje się to w pewien określony sposób, ale są one otwarte na każdą interpretację i jestem bardo szczęśliwy z tego powodu, że tak właśnie jest. Ja sam słucham właśnie takiej muzyki, która nie mieście się w określonych granicach i nie jest łatwa do zdefiniowania. Takiej, która jest po prostu dobrą muzyką. 

Czego najchętniej słuchacie na co dzień? Co was inspiruje? Z całą pewnością jesteście zespołem rockowym, ale słychać u was wpływ wielu gatunków muzyki. 

Słuchamy wielu rodzajów muzyki – od punkrocka, przez pop do dubu i reggae. Także muzyki hinduskiej, starych płyt z bluesem, każdego rodzaju naprawdę. Nie można wyobrazić sobie czwórki ludzi słuchającej w tym samym czasie takiej samej muzyki. Myślę, że nigdy nie bylibyśmy w stanie grac jednego rodzaju piosenek i myślę, że znajduje to odbicie w naszych utworach. Opierają się one na gitarze, basie, bębnach i wokalu, więc w swoim pochodzeniu jest to bardzo rockandrollowe. 

Czy czujecie się częścią rockowej kultury? Co tak właściwie znaczy dla was termin ‘rockandroll’? 

Rockandroll? Myślę, że lubię ten termin, ale kiedy myślę o tych wszystkich rzeczach, które mogą być kojarzone z rockandrollem, to nie czuję się z tego powodu zbyt szczęśliwy. Rockandroll jest po prostu muzyką, a ja nie chcę jej opisywać. Z drugiej strony – jako, że nie znoszę terminu ‘indie rock’ – mogę powiedzieć, że jesteśmy po prostu zespołem rockandrollowym. Nie gramy muzyki klasycznej, nie gramy jazzu, nie gramy calypso, więc brak lepszych terminów prowadzi nas wprost do rockandrolla. 

Czy, na zakończenie, możesz powiedzieć czego można się po was spodziewać w niedalekiej przyszłości. 

Nie mamy żadnych planów długoterminowych. Teraz pracujemy nad utworami na nową płytę i chcemy grać koncerty. Chcemy robić to, co robimy teraz, aż do momentu kiedy przestaniemy to robić. 


  

wtorek, 20 stycznia 2015

Make-Up

Ian Svenonius. Z jednej strony narcyz i szarlatan, z drugiej - genialny showman i erudyta. Underground byłby uboższy bez jego grup: Nation of Ulysses, Cupid Car Club, Make-Up, Weird War i Chain and the Gang; bez jego manifestów, książek i osobowości. 

Wywiad pochodzi z roku 2000, został zrobiony po ich wrocławskim koncercie i opublikowany w 5. numerze Anteny Krzyku.  

(fot. Pat Graham)













Make-Up: Rewolucja, gospel i rockandroll. 

Rockandroll znów może być ekscytujący, baby! Pod jednym wszakże warunkiem – muzyk musi wiedzieć po co wychodzi na scenę i dobrze się na scenie czuć. Ian Svenonius – wokalista Make-Up, sekretarz Rock’n’rollowego Kominternu i główny kaznodzieja Gospel Yeh-Yeh - to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Ci, którzy widzieli zespół na żywo nie powinni mieć co do tego żadnych wątpliwości.

Pójdźcie na koncert Make-Up! Posłuchajcie ich płyt! Dajcie się porwać szaleństwu i poczujcie, że rockandroll może jednak być ekscytujący! Przeczytajcie też ten tekst, żeby wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.

****

W kilku wywiadach, których udzieliłeś wcześniej, przeczytałem że uważasz zebraną na koncertach Make-Up publiczność za piątego – no, może teraz już szóstego - członka zespołu. Dzisiaj graliście w miejscu całkiem innym niż zazwyczaj. Graliście też dla ludzi, z których większość nie rozumiała angielskiego. Co sądzisz o tym koncercie i co sądzisz o tego typu doświadczeniach?

Każda grupa muzyczna egzystuje w granicach określonego kontekstu kulturowego. Nasz własny kontekst kulturowy to Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Kraj z najdłuższą tradycją rockandrolla – muzyki będącej zelektryfikowaną i komercyjną wersją bluesa. W rockandrollu odbija się związana z bluesem tematyka i na wiele sposobów eksploatował on bluesową tradycję. My, jako Make-Up, chcemy zutylizować i zastosować w tym gatunku tradycję typową dla czarnej muzyki gospel. Naszym zadaniem, jest to metoda wyrwania się ponad świadomość gatunku i ponad nadmiernie cyniczną scenę rockową. Dlatego też postrzegamy publiczność rockową jako grupę, w której odbijają się panujące we współczesnym społeczeństwie stosunki na linii konsument-producent. Mam na myśli społeczeństwo, w którym konsumenci są zadowoleni z siebie i pasywni, natomiast producenci są aroganccy. Właśnie dlatego chcemy ożywić rockandrollowy teatr.

W pewnym sensie udało nam się to zrobić w Stanach. Natomiast jeśli chodzi o nasz polski koncert, muszę przyznać ci rację – było to dla nas dosyć trudne zadanie. To coś jakby granie na przekór wszelkim przeciwnościom – mam na myśli gigantyczna przerwę dzielącą scenę i publiczność, także barierę językową. Jednak dla mnie granie poza granicami USA jest zawsze czymś niezwykle skomplikowanym – głównie ze względu na wspomnianą barierę językową. Wydaje mi się także, że w Polsce niejest tak mocno zakorzeniona rockandrollowa tradycja. Masz rację, rzeczywiście było to dla nas dosyć skomplikowane doświadczenie.



Moim zdaniem wasz występ miał trochę dwuznaczny wydźwięk - z jednej strony ci wszyscy ludzie, którzy krzyczeli dzisiaj 'yeh' zostali zainfekowani płynącymi ze sceny dźwiękami. Tyle, że – takie odniosłem wrażenie - publiczność powtarzając za wami to 'yeh' ignorowała całą resztę waszego przekazu. Czy nie obawiasz się, że właśnie przez to 'yeh' wpisujesz Make-Up w kontestowaną przez ciebie tradycję rockandrolla, jako muzyki, której odbiorcy powtarzają coś bezmyślnie za stojącymi na scenie gwiazdami? 

To 'yeh'to coś symbolicznego i coś kształtującego. To wydzielanie się pewnej treści. To rzecz ze wszech miar pozytywna. Negatywna jest tradycja wywodząca się z bluesa - ta muzyka powstała właśnie jako reakcja na muzykę gospel i eksploatowała tradycję grzechu, diabła i pijaństwa.

Rockandroll jest jednak dla mnie czymś niezwykle interesującym głównie za sprawą własnego kontekstu historycznego. Po II Wojnie Światowej, Stany Zjednoczone i Związek Radziecki toczyły walkę o duszę Europy. Właśnie z tego powodu Stany Zjednoczone niezwykle intensywnie wymyślały różne ruchy artystyczne, a każdy przejaw amerykańskiej sztuki na swój sposób propagował tę pro-kapitalistyczną ideologię. Po II wojnie światowej Stany Zjednoczone chciały zainspirować świat przeciwko socjalizmowi. Jednym ze sposobów, za pomocą którego miał być osiągnięty ten cel, było przerobienie Europy poprzez amerykańskie pieniądze na coś w rodzaju witryny kapitalizmu. Miała to być swoista kraina marzeń, miejsce dobrobytu. Służyło to jednak wyłącznie propagandowej bitwie z socjalizmem. Mit, na którym to wszystko się opierało, sprowadzał się do hedonizmu, łatwego życia i tego typu rzeczy. W Europie było to realizowane poprzez Plan Marshalla, który zalał ją amerykańskimi pieniędzmi. Oczywiste było także to, że do tego celu potrzebny jest nowy kapitalistyczny paradygmat, który pomoże propagować tę ideologię na poziomie artystycznym. Było to konieczne, ponieważ awangarda - i generalnie sztuka europejska - były zawsze bardzo socjalistyczne. Nie mam tutaj na myśli samej ideologii – popatrz jednak na surrealistów, których korzenie wyraźnie były związane z socjalizmem. To samo tyczy się symbolizmu czy dadaizmu... Awangarda i inteligencja zawsze związane były tutaj z socjalizmem i dlatego też Ameryka musiała znaleźć ruchy artystyczne, będące z założenia antysocjalistyczne. Było to ważne, ponieważ po II Wojnie Światowej w Europie pojawiała się fala ogromna sympatii dla socjalizmu - głównie w Grecji i we Włoszech - co stwarzało ogromny problem polityczny dla Stanów Zjednoczonych. No i właśnie dlatego Amerykanie wyciągnęli z podziemia wszystkie te ruchy artystyczne – mam na myśli: rockandrolla, jazz, bitników i abstrakcjonistów – i zainfekowali nimi Europę. To właśnie tego typu artyści tak naprawdę przenieśli amerykańską sztukę do Europy. Wcześniej nikt tutaj o niej nie słyszał, a teraz amerykańska kultura dominuje w całej Europie. Paradoksalnie rockandroll - będący na swój sposób brzmieniem wolności – i wszystkie te ruchy artystyczne, znalazły się tutaj za sprawą CIA. I to wyłącznie dlatego, że były totalnie apolityczne. Wszystko dotyczyło w nich formy, nie zaś treści. Popatrz na Elvisa – został on sprowadzony wyłącznie do formy, w której odbijały się w nim wszystkie wartości kultury-matki. To samo dotyczy Jacksona Pollocka - choć wydawał się być buntownikiem, to było to jednak bunt pozbawiony świadomości. Był po prostu macho... Właśnie za sprawą tych wszystkich faktów, jako Make-Up próbujemy odwrócić do góry nogami rockandrollowy paradygmat.

Wracając do 'yeh' – masz racje, wykrzykuję 'yeh'. Jednak jest to dla mnie zwrot podniosły i pełen treści. Zwrot występujący przeciwko rockandrollowej tradycji, opartej w znacznej mierze na bluesie.



Sporo mówisz o rockandrollowej tradycji i we wielu przeprowadzonych z tobą wywiadach, które udało mi się przeczytać, mówiłeś o "rewitalizacji rockandrolla" - czy możesz powiedzieć,na czym ma ona tak naprawdę polegać?

Chcemy posiąść tradycje muzyki gospel i wpasować ją w ramy rockandrolla. 

Dlaczego jednak rockandroll? Mówiłeś przecież o rockandrollu jako o "zwłokach". Dlaczego próbujesz wskrzesić właśnie te "zwłoki"?

Ponieważ rockandroll prezentuje swoisty rodzaj "gesamtkunstwerk" (jedności sztuk – przyp. WK), w wagnerowskim pojęciu tego terminu. Dla niego była to opera. Dla nas jest to rockandroll – forma, która może obejmować równocześnie nagrywanie i występy na żywo, teatr i poezję. Może więc on być "gesamtkunstwerk".

Rockandroll ma też zasadniczą przewagę nad każdą inna formą sztuki - jest bardzo tani i praktycznie każdy może założyć zespół rockandrollowy. No, może nie jest taki supertani, bo trzeba kupić instrumenty... Jednak jego esencja sprowadza się do tego, że jest to rzecz osiągalna dla wszystkich. Kiedy patrzysz na inne media - film, telewizję czy radio - widzisz, że wszystkie przejawy wykorzystania tych form są bardzo drogie. Ponadto każdy inny ruch artystyczny - od czasu, kiedy Ameryka Europę - jest bardzo nudny, gówniany i skierowany do burżuazji.

(fot. Pat Graham)
















Dlaczego więc próba wskrzeszenia rock’n’rolla właśnie za pomocą muzyki gospel?

To muzyka religijna i w rzeczywistości jest ona mariażem wielu form. Składa się z elementów czarnej kultury, która przywłaszczyła sobie elementy charakterystyczne dla kultury białych i vice versa. To jedna wielka kulturowa mikstura. Poza tym, tradycja gospel jest na swój sposób zbliżona do tego, co my znamy z undergroundu. Nie ma w niej systemu opartego na gwiazdorstwie, nie opiera się na chciwości i nie sprowadza się do celebrowaniu gówna, a są to rzeczy, które znajdziesz w każdym innym rodzaju muzyki.

Sam nie jestem osobą wierzącą i nie występuję tutaj w obronie gospel. Myślę jednaj, że ta forma stwarza interesujące możliwości, aby rockandroll znów stał się interesujący i znowu był ekscytujący. Amerykańska muzyka gospel jest także na swój sposób muzyką polityczną – dużo się w niej mówi i jest ona oparta na przekazie. Na swój sposób istnieją w niej także zmieszane razem elementy wszystkich stylów muzycznych na świecie. W końcu, także publiczność jest bardzo zaangażowana w spektakl i wszystko to miesza się razem.

Tradycja gospel także jest w jakiś sposób powiązana z voodoo, obrzędami plemienia yoruba i innymi pierwotnymi formami afrykańskimi. Mam na myśli charakterystyczny dla nich trans i pewne stany dionizyjskie - szukanie absolutu przez poprzez wizję, muzykę i taniec. Europejska tradycja chrześcijańska jest niewiarygodnie represyjna, ponieważ występuje przeciwko ciału. Myślę, że afrykańska tradycja religijna jest znacznie bardziej interesująca, ponieważ nie istnieje w niej dualizm między ciałem i duchem w takim stopniu, w jakim istnieje on w tradycji katolickiej, która każe nienawidzić ciało.



Wasze muzyczne korzenie to jednak przede wszystkim punkrock – zaczynaliście przecież jako Nation Of Ulysses. Jak to się stało, że zostaliście zainfekowani tradycją czarnej muzyki?

Pochodzimy z Waszyngtonu, a to czarne miasto. Kiedy myślisz o kulturze amerykańskiej, to musisz zdać sobie sprawę z tego, że Stany Zjednoczone powstały jako plantacja utrzymywana przez niewolników i czarni są w tej tradycji zakorzenieni znacznie dłużej niż jakakolwiek inna nacja. Nawet jeżeli stanową oni jedynie 10 czy 12 procent populacji, to i tak ma to ogromny wpływ na muzykę i kulturę. Różnica pomiędzy Amerykanami i Europejczykami polega na tym, że czarna kultura nie ma tutaj aż tak wielkiego wpływu na całą resztę. Dlaczego, mimo geograficznego sąsiedztwa, Kanada tak różni się od Stanów? Właśnie z powodu braku czarnej kultury! Tak, to tylko jedna z różnic, których oczywiście jest znacznie więcej, niemniej różnica bardzo istotna.

Make-Up to zespół niezwykle płodny jeśli chodzi o płyty – jak istotne jest dla was ich nagrywanie i wydawanie? Po pierwszym kontakcie z waszą muzyką na żywo wydaje mi się, że dopiero po obejrzeniu waszego występu można, tak naprawdę, zrozumieć fenomen Make-Up.

Bardzo interesuje mnie nagrywanie muzyki. Muszę jednak przyznać, że na początku naszej działalności było to coś w rodzaju "instant recording". Wszystko robione było w wielkim pośpiechu, a pierwsze dwie płyty zostały nagrane na żywo. Nie robiliśmy tego jednak bez powodu – chcieliśmy pokazać ludziom jak może znów wyglądać koncert rockandrollowy. Było to coś w rodzaju instrukcji. Teraz znacznie bardziej interesuje nas produkcja płyt, interesuje nas robienie dobrze brzmiących płyt. Myślę też, że trzy ostatnie z nich są znacznie lepsze właśnie ze względu na produkcję - brzmią ciężej i są znacznie lepiej nagrane.

Czy uważasz, że jest możliwe uchwycenie istoty grupy takiej jak Make-Up, jedynie przez kontakt z waszymi płytami i bez uczestnictwa w waszych koncertach?

Koncerty i płyty to zawsze dwie odrębne rzeczy. Myślę, że jest tak w przypadku każdego innego zespołu... Naprawę trudno mi to ocenić.

W swoich tekstach posługujesz się pewną specyficzną poetyką. Mimo to, że jest bardzo atrakcyjna, to jednak zawęża przekaz do pewnego wąskiego grona odbiorców. Czy nie obawiasz się tego, że często interpretuje się wasze teksty w sposób odległy od twoich intencji? 

Myślę, że tak. Przekaz Make Up opiera się na pewnych eksploatowanych przez nas tematach – dotyczą one zwykle alienacji i wszystkiego, co jest z nią związane. Bywa czasami tak, że udajemy się w inne miejsca i wówczas zdajemy sobie sprawę, że mówimy innymi językami. Nie tylko w sensie dosłownym, jak tutaj, gdzie ludzie rzeczywiście posługują się innym językiem. Czasami - nawet w miejscach takich jak Holandia, gdzie każdy zna angielski – nie wydaje mi się, aby mieszkający tam ludzie odczuwali podobny rodzaj alienacji kulturowej, którą odczuwamy w Ameryce. W Stanach Zjednoczonych rządzi faszystowska kultura popularna. Kultura skierowana przeciwko tobie. Pod tym względem nie ma demokracji. Sam wiesz, jakiego typu filmy kręci się w Ameryce! To wyjątkowo wstrętny proces i wszystko z nim związane opiera się na sprzedaży. Ludzie, którzy kontrolują przemysł rozrywkowy mają cyniczny stosunek do ludzkiej inteligencji i wszystko co robią jest spreparowanym gównem. Nasza kultura jest sterowana przez pieniądz i dlatego cały ten kraj prezentuje się w tak gówniany sposób. Przecież w Ameryce nie ma nawet miłej architektury. To kultura alienacji.

Właśnie dlatego myślę, że żyjemy w zupełnie innych realiach niż. chociażby, mieszkańcy Szwecji – kraju gdzie wszystko jest inne i funkcjonuje w całkiem innym kontekście.

Na dzisejszym koncercie koncercie zagraliście jawałek "C’mon, Let’s Spawn". Zapowiadając go, powiedziałeś coś, co brzmiało nawet jak manifest i nawoływanie do zjednoczenia się przeciwko kulturze mainstreamu? Czy tak właśnie powinno to być odczytane?

Tak. Opiera się to na nawiązaniu do mitu o Frankensteinie – mam na myśli rolę człowieka jak kreatora, jako boga. Mówię tutaj o naszej możliwości kreowania rzeczy które chcemy kreować, pomimo istniejących obciążeń kulturowych. To bardzo proste przesłanie.























Dwa miesiące temu widziałem we Wrocławiu At The Drive-In i stało się dla mnie jasne, ze w ogromnym stopniu wpłynęliście na kształt muzycznego undergroundu w USA. Mimo, że grali oni nieco inną muzykę, pod względem zachowania na scenie i generowanej na koncertach energii było to bardzo zbliżone do tego co oferuje Make-Up.

Znamy kilka innych grup, które na swój sposób czerpią z tego co robimy, ale robią to na swój własny sposób – częściowo bardziej bezpośrednio, częściowo pośrednio. Mam co do tego mieszane uczucia... Wiesz, nie mam obsesji na punkcie oryginalności - oryginalności w sensie kapitalistycznym, gdzie jest ona potrzebna do kreowania nowych potrzeb. Uważam jednak, że grupy rockowe powinny wychodzić poza obowiązujący obecnie układ, ponieważ w przeciwnym wypadku to co robią jest bardzo nudne.

Masz rację - to duży problem chociażby w Polsce, gdzie wiele grup pretendujących do bycia "alternatywnymi", ogranicza się jedynie do kopiowania zachodnich wykonawców. Czy masz jakąś radę na to w jaki sposób uruchomić drzemiącą w każdym kreatywność? W końcu na bazie starego schematu stworzyliście całkiem nową formę.

Nie wiem co powiedzieć... Nigdy nie powinno się podążać za określonym trendem! Nie znam słowiańskiej natury, ani polskiej muzyki i nie mogę tego skomentować. Mogę jedynie powiedzieć, że odwoływanie się do kultury amerykańskiej nie powinno być tutaj standardem. Z większym szacunkiem powinno podchodzić się do kultury europejskiej. Z drugiej strony tutejsze zespoły zawsze chciały brzmieć jak zespoły amerykańskie.



Make Up istnieje już od ponad pięciu lat. W jaki sposób oceniasz ten czas, który spędziłeś grając z zespołem? Czy satysfakcjonuje cię to, co udało ci się osiągnąć?


Wybacz, ale naprawdę trudno mi cokolwiek powiedzieć na ten temat! Wiem tyle, że chcę zrobić film o Make Up i w tej chwili jest to moja główna obsesja... Nie chodzi mi o typowy dokument. Ma być to film piękny, dowcipny i pełen treści. Mam już gotowy scenariusz i mam nadzieję, że uda mi się to urzeczywistnić. 

czwartek, 25 grudnia 2014

The Jesus Lizard

The Jesus Lizard udało mi się po raz pierwszy zobaczyć w akcji dopiero podczas ich ostatniej trasy po Europie i było to doświadczenie totalne. Wywiad z zespołem był także jednym z dziwniejszych w mojej pismackiej karierze – pytani i pytający w zawrotnym tempie wysuszyli butelkę Jima Beama, przepijając ją piwem. Wywiad udało się jednak doprowadzić do końca i został opublikowany w magazynie Brum w listopadzie 1998 roku. Za zdjęcia z tego samego praskiego koncertu dziękuję Michałowi Mazurowi. 


The Jesus Lizard: Doktor Jekyl i Mister Yow















Jeżeli istnieje metoda przełożenia na język dźwięków energii powstałej w skutek rozszczepienia jądra atomu, to jestem pewien, że efekt musi być w jakimś stopniu zbliżony do koncertu the Jesus Lizard. Nawałnica dźwięków, precyzyjnie generowana przy pomocy jak najbardziej konwencjonalnego zestawu instrumentów, wpierw przygniata, aby później wepchnąć w słuchacza taką samą energię. Na koncercie dochodzi do tego jeszcze spektakl w wykonaniu mistrza ceremonii - Davida Yow. Spróbują sobie Państwo wyobrazić Yowa plującego, zdzierającego z siebie ubranie, epatującego niesamowitą mimiką, skaczącego w publiczność i miotającego odsłuchami. Wszystko po to, aby w końcu zbudować z nich piramidę i stanąć nago na jej szczycie przy dźwiękach zamykającego koncert ich sztandarowego kawałka “Here Comes Dudley”. Wszystkie te psycho-ekshibicjonistyczne ekstrawagancje nie przeszkadzały mu jednak w śpiewaniu. Państwo wybaczą, nie sposób opisać tego słowami.

Wybierając się do Pragi byłem dręczony poważnymi obawami. The Jesus Lizard zarówno w moim przekonaniu, jak i w oczach krytyki, to jedna z najważniejszych formacji w historii postpunkowego rocka. Jej korzenie sięgają roku 1982, kiedy to w Teksasie powstaje zespół the Scratch Acid. Czerpiąc inspirację z jednej strony z amerykańskiej tradycji, a z drugiej strony z hard core i nowej fali, stworzyli niezwykłą w swojej ekspresji muzykę. Niedoceniani w rodzinnych stronach oparcie znaleźli w scenie z Chicago i będącej jej podwaliną wytwórni Touch And Go. Niestety, wkrótce potem The Scratch Acid przestają istnieć. W 1989 roku Yow i David Simms (ten ostatni bogatszy o doświadczenia wspólnego grania ze Steve Albinim w Rapeman) zakładają The Jesus Lizard. Dźwięki wywodzące się z prostej linii z noisowej tradycji tutaj bardziej jeszcze okrzepły i nabrały dodatkowego wyrazu. Każdy kolejny album nagrywany dla Touch And Go był krwistym kawałkiem postpunkowego rocka, jakże odległego od obowiązującej wówczas estetyki ugrzecznionego grunge. Przez długi czas konsekwentnie wierni scenie niezależnej w 1995 decydują się jednak na zaskakujący kontrakt z Capitol Records. O ile ich pierwsza duża płyta w szeregach korporacji była zbliżona do tego, co robili wcześniej, to album “Blue” z 1998 roku zaskoczył zmianami i to w dodatku nie takimi, jakie chcieliby widzieć ich starzy zwolennicy. Na szczęście, ich koncerty to w dalszym ciągu erupcja surowej energii. 

Z wokalistą Davidem Yow i nowym perkusista zespołu Brendanem (wcześniej członkiem legendarnego zespołu the Fiasco, akompaniującego ekscentrycznemu artyście z Chicago, Wesley Willisowi) rozmawiałem w garderobie klubu Roxy w Pradze 19 września 1998 roku. Rozmowie towarzyszyła konsumpcja najlepszego, obok Slint i Rodan, wynalazku rodem z Louisville, Kentucky i stąd może nieco zbyt frywolny nastrój tej rozmowy. Państwo wybaczą.
















Pierwsze pytanie może cię trochę śmieszyć, ale po tym jak zobaczyłem cię pierwszy raz na scenie wydajesz się być rock’n’rollową bestią. Chciałem zapytać cię o to, jakiego rodzaju siła motywuje twoje zachowanie na scenie?

Yow: Płacą mi za to, że to robię...

Kto ci płaci?

Yow: Klub, zespół...

Dobra, ale poza tym musi być jednak coś, co wypływa z twojego wnętrza. Co to jest ? Wściekłość, emocje... ?

Yow: Emocje, nie wściekłość. W przeszłości wiele razy ludzie mówili mi, że myśleli, że jestem bardzo wściekłą osobą i to, co robię koncentruje się wokół wściekłości. Ale ja sam osobiście naprawdę nie sądzę, że właśnie o to chodzi i że bazuje to na wściekłości. Myślę, że bardziej jest to ciekawość i pewien rodzaj niezłośliwej agresji.

Czy zgadzasz się z tym, że wasza muzyka i koncerty to coś w rodzaju terapii dla słuchacza?

Yow: Sam nie mogę tak uważać, ale jestem szczęśliwy, kiedy ludzie mówią mi coś takiego. Wielu ludzi powiedziało mi, że pomogliśmy im w ciężkich czasach, chociażby uzależnienia od narkotyków albo kłopotów rodzinnych. Powiedzieli, że nasza muzyka pomogła im przez to przejść. Kiedy ktoś mówi ci właśnie coś takiego, to jest to z pewnością największy komplement, o którym mogę pomyśleć.

Mogę to potwierdzić, ponieważ słuchanie “Goat” albo “Liar” pomaga mi odreagować się w ciężkich chwilach. Wiesz, to nie jest komplement...

Yow: To nie jest komplement!? To pierdol się! [kupa śmiechu – przyp. WK]

OK, powiedz coś o waszej nowej płycie. Kiedy pierwszy raz usłyszałem “Blue” poczułem się nieco rozczarowany i po kilku przesłuchaniach jest tak nadal. 

Yow: Dlaczego jesteś rozczarowany?

Mogę powiedzieć, że w pewnym sensie jest to jakiś krok do przodu, ale może to nie być to, czego oczekiwali wasi starzy fani. Czy planowaliście właśnie coś takiego nagrywając tę płytę?

Yow: Tak! Jaki sens ma nagrywanie w kółko takich samych płyt? Myślę, że jeżeli "Down" brzmiał tak dobrze jak "Liar" i "Goat", to nie powinna powstać następna płyta brzmiąca identycznie jak "Liar" i "Goat". Zgadzam się z ty, że obok "Blue" są to nasze najlepsze płyty, ale to są prawie takie same płyty. Więc o co chodzi?

Jak przebiegała praca z Andy Gillem [producent ostatniej płyty zespołu, wcześniej muzyk jednego z najbardziej wizjonerskich zespołów w historii rocka – Gang Of Four – przyp. WK]? Czy różniło się to od pracy ze Stevem Albinim?

Yow: W obu przypadkach była to niezła zabawa - w takim stopniu, w jakim nagrywanie może być właśnie zabawą. Andy był o tyle dobry, że pojawił się z pomysłami, które polubiliśmy, a na które sami nie mogliśmy wpaść. Było to dla nas bardzo ekscytujące, był on kimś, kto bardzo dobrze wiedział, co zabrać a co wziąć. O wszystkim co proponował mówił na zasadzie sugestii i decyzje zawsze należały do nas. Myślę, że było to bardzo dobre. Pracowałem z różnymi producentami, ale z tej trójki Andy był bossem. Ale to nasza płyta, a nie jego. 















Dlaczego wybraliście właśnie jego? Czyżby dlatego, że jesteście starymi fanami Gang of Four?

Yow: Hej, mówisz o nas “starzy” ... ! OK., żartuję. Lubię Gang of Four, ale nie wiem czy mogę uznać się za ich fana. Mam "Entertaiment", mam "Solid Gold" i mam też tę inną... "Hard". Myślę, że byli wspaniałym zespołem, ale prawda jest taka, iż ostatniego lata nagrywaliśmy singla i kontaktowaliśmy się z wieloma różnymi producentami w sprawie jego produkcji. Andy był jednym z nich i nagraliśmy z nim dwa kawałki i poszło to bardzo dobrze. Kiedy nadszedł czas nagrania albumu, spytaliśmy go: "Hej, Andy, chcesz to zrobić?", a on odpowiedział: "Tak".

Na wspomnianym singlu pracowaliście także z Jimem O’Rourke. Jak to wyglądało?

Yow: To nie było tak, że pracowaliśmy z nim. Nagraliśmy ten kawałek [“Needels for Teeth” – przyp. WK] i byliśmy bardzo niezadowoleni z jego brzmienia. Duane [gitarzysta Jesus Lizard – przyp. WK] był jego starym przyjacielem. Dał Jimowi taśmę i powiedział, że może to zmiksować i zrobić to, co uważa za stosowne.

To znaczy, że on tylko zremisował wasze nagranie? 

Yow: Tak zrobił to i kompletnie ją zmienił. Myślę, że zrobił to dobrze i lepiej niż ktokolwiek inny.

Następne pytanie dotyczy Chicago, ponieważ właśnie stamtąd pochodzicie. Czy możecie powiedzieć, co jest przyczyną tego, że właśnie tam powstała tak dobra scena muzyczna? Działa tam wiele wspaniałych zespołów z Shellac i Tortoise na czele...

Yow: To tylko wielkie miasto i mieszka tam wiele osób. Jest tam naprawdę dobra społeczność artystyczna. Nie wiem... Co ty o tym sądzisz Brendan ?

Brendan: Mogę się zgodzić się z tym, że jest to wielkie miasto i wiele muzyki, którą ludzie uważają za podobna przyszło właśnie stamtąd. Wszystko to zaczęło się z Big Black i w czasie Big Black i po Big Black powstało wiele zespołów, które brzmiały jak Big Black. Powstało też wiele innych zespołów, które nie bardzo brzmiały tak jak oni, ale powiedziano o nich, że tak właśnie brzmią. Wszystkie te zespoły zebrano razem i nazwano wiodącą sceną muzyczną Chicago. Wśród tych grup było kilka naprawdę wielkich zespołów, które nie koniecznie podążały za trendem, o którym mówię. To tylko olbrzymie miasto i żyje tam tak wielu różnych ludzi, ale podobne rzeczy dzieją się we wszystkich dużych miastach w całym kraju, które stają się muzyczną mekką. Austin w Teksasie funkcjonował w ten sposób przez chwile, Atlanta, Athens w stanie Georgia, Nowy Jork. Takie rzeczy dzieją się wszędzie.

Yow: Chicago zawsze miało ogromne tradycje muzyczne - obojętnie czy jest to rock, jazz, blues, czy coś innego. To zawsze było muzyczne miasto. To jest właściwa odpowiedź.





















Czy to dlatego, że żyje tam tak wielu ludzi wywodzących się z zupełnie innych kultur i środowisk?

Yow: Tak, ale nie sądzę, że to koniecznie wiąże się z miastem, w którym żyjesz. Jest wystarczający dostęp do różnej muzyki i nie ważne jest to gdzie mieszkasz. Może w Chicago jest to trochę bardziej oczywiste.

Co sądzicie o modnym określeniu post rock, używanym do opisywania wielu zespołów z Chicago?

Yow: Post rock? Co to jest?

W ten sposób określa się chociażby Tortoise...

Yow: Nie jestem fanem takich etykietek. Próby opisywania dźwięków brzmią  idiotycznie. Nie jestem fanem etykietek i tego typu rzeczy. Co to jest 'muzyka alternatywna'? Nie mogę sobie wyobrazić, że jesteś w zespole i kiedy pytają cię o rodzaj granej przez ciebie muzyki, odpowiadasz, że jest to 'muzyka alternatywna'. To tak samo jakbyś powiedział, że grasz muzyką drugiego planu, muzykę drugiego wyboru, muzykę, której tak naprawdę nikt nie chce słuchać. Ale możesz robić to, co chcesz. Myślę, że jedną z najlepszych rzeczy dotyczących muzyki rockowej jest to, że muzyka rockowa może być znacznie bardziej zróżnicowana wewnętrznie niż każdy inny rodzaj muzyki. Inne gatunki, jak reggae albo rap , brzmią prawie zupełnie tak samo. Znaczenie rocka może być ekstremalnie rozciągnięte i w dalszym ciągu nazwane rockiem. I nie sądzę, by były jakiekolwiek podstawy, by w jakiś sposób to określać. OK., była jedna etykietka, która mi się podobała. Kiedy byłem w Scratch Acid to usłyszałem, że w Europie określano muzykę takich zespołów jak: Big Black, Swans, Sonic Youth, Scratch Acid i Butthole Surfers jako “pigfucker music” [muzyka świniojebców ? – przyp. WK]. Pomyślałem wtedy: "To brzmi całkiem dobrze i nie ma potrzeby by to nazywać inaczej".

OK., przestańmy rozmawiać o muzyce. Chciałbym poprosić was o coś w rodzaju komentarza politycznego.

Yow: Nie znam żadnych odpowiedzi na te tematy...

Właściwie chodzi mi tylko o jedno. Co sądzicie o całym tym medialnym zgiełku wokół sprawy Clintona ? [Chodzi o incydent z Monika Lewinski i cygarem z jesieni 1998 roku – przyp WK]

Yow: Czy to jest problem polityczny? Nie. To problem osobisty i to nie nasz interes. To jest sprawa Billa, to sprawa Moniki, sprawa Hilary i sprawa Chelsea. Nikogo więcej.

Więc nie chcecie komentować tej medialnej paranoi wokół tego tematu?

Yow: Naprawdę niewiele o tym myślę, ale uczciwie mówiąc ostatnio myślałem o tym, w jaki sposób sprawy w mediach zostały rozmyte w proporcjach przy pomocy pana Starra. To dotyczy także sposobu prowadzenia sprawy O.J. Simpsona. Myślę, że w bliskiej przyszłości takie sprawy będą miały wiele wspólnego ze sobą. Przynajmniej w Stanach, ale myślę, że także na całym, świecie, ponieważ cały świat chce być taki jak Stany. I nie sądzę, że będzie to dobre. 

Pytałem o to, ponieważ Polska jest krajem pełnym własnych problemów społecznych i politycznych, ale na czołowych stronach wszystkich gazet w ubiegłym tygodniu była sprawa Clintona. Polska tak naprawdę nie ma z tym nic wspólnego, jednak był to najbardziej komentowany temat w mediach.

Yow: To śmieszne! W pewnej skali martwi mnie to, że w wielu krajach ludzie mają ukształtowane zdanie na temat Amerykanów i wszyscy uważają to za skandal i rzecz bardzo istotną. To dziwne być Amerykaninem i przyjeżdżać do innych krajów na tak szczęśliwej zasadzie jak nasza - zespołu rockowego. Mam nadzieję, że dzięki bogu, ludzie którzy nas słuchają nie odbierają nas w ten sposób jaki innych Amerykanów. 

Dobra. Czy chcecie na koniec powiedzieć coś Polakom, którzy będą czytali ten wywiad?

Yow: Tak, chcę powiedzieć tym ludziom w Polsce, którzy będą czytali Bloom Magazine...

Nie Bloom, tylko Brum. Bi-ar-ju-em....

Yow: Więc chciałbym powiedzieć czytelnikom Bloom magazine... Ha, ha, żartuję, nie wściekaj się... Dobra, chciałbym powiedzieć 'gówno', 'zimny piwo', 'american wyrób' i oczywiście ... [długie milczenie – przyp. WK]

Na zdrowie?

Yow i Brandon: Tak oczywiście! Na zdrowie ! [kupa śmiechu – przyp.WK]
Yow: Przykro mi, ale to wszystko, co mogę powiedzieć po Polsku.

















PS: Jako bonus mój ulubiony koncertowy klip The Jesus Lizard. Tu widać, kim tak naprawdę jest David Yow ;)