Trudno robić wywiad z Lungfish. Ich muzyka nie potrzebuje dodatków. Ja spróbowałem, z mizernym efektem. Ale i tak jestem dumny, że udało mi się z nimi porozmawiać. Wywiad opublikowany w Antenie Krzyku 01.2004.
Lungfish
25 września 2003 roku udało mi się po dziesięciu latach przerwy po raz trzeci zobaczyć w akcji pochodzący z Baltimore kwartet Lungfish. Od tego koncertu minął już jakiś czas, jednak w dalszym ciągu jestem pod jego ogromnym wrażeniem. Właśnie dlatego, zamiast mętnych wywodów, jako wstęp do rozmowy z gitarzystą zespołu, Asą Osbornem, przytoczę cytat pochodzący z książeczki dołączonej do urodzinowego boxu Dischord Records: „Lungfish rzadko grywają koncerty i jedynie co kilka lat wydają płyty, jednak ich hipnotyczne muzyczne repetycje i tekstowa medytacja, pociągnęły za nimi grupę fanów zawsze gotowych na więcej. Krytycy narzekają, że Lungfish przez cały czas wydają się grać te same piosenki, ale ci, którzy wiedzą swoje mówią na to: ‘Tak, ale jakie to niezwykłe piosenki’”.
![]() |
(Daniel Higgs na koncercie, po którym został zrobiony ten wywiad. fot. Bogusz Złotkowski) |
Jesteście jedynym zespołem z Dischord Records, który nie pochodzi z Waszyngtonu. Czy cieszy was fakt, że jesteście jedynym odstępstwem od reguły?
Nie czuję, żebyśmy byli jakimkolwiek odstępstwem od reguły. Nie wiem jedynie dlaczego tak naprawdę nagrywamy dla Dischord, chociaż nie jesteśmy z DC. Może stało się tak dlatego, że często graliśmy w Waszyngtonie. Znamy tych ludzi i bardzo podobała nam się tamtejsza scena. Dlatego właśnie czujemy się bardzo szczęśliwi z fakty, że nagrywamy właśnie dla nich.
Jak to się wszystko zaczęło? Wiem, że korzenie Lungfish to inny zespół pochodzący z Baltimore – Reptile House.
Po rozpadzie Reptile House, Daniel, ja i nasz Pierwszy basista (John Chriest – przyp. WK) założyliśmy nowy zespół i zaczęliśmy wspólnie tworzyć muzykę. Było to w okolicach 1987 roku. Później dołączył do nas Mitchel, nasz perkusista i graliśmy dobre kilka lat, zanim wydaliśmy nasz pierwszy album. Myślę, że było to w okolicach 1990 roku. Później Dischord zaproponował nam wydanie płyty i już z nimi zrobiliśmy nasz drugi album. Dodam, że pierwszy („Neklace of Heads” – przyp.WK) powstał w koprodukcji Dischord i Simple Machines. Tak wyglądają nasz korzenie. Zespół ma już 16 lat.
Co motywuje was do tworzenia muzyki przez tak długi czas? Potrafisz to jakoś nazwać?
To muzyka, właściwie siła muzyki. Także przyjaźń – jako zespół przeszliśmy wiele wzlotów i upadków i bardzo dbamy o siebie nawzajem. Gramy wspólnie muzykę i chcemy grać aż do momentu, kiedy nie będziemy już w stanie tego robić.
![]() |
(Asa Osborne i autor w trakcie robienia wywiadu, fot. Bogusz Złotkowski) |
Dlaczego robicie właśnie to, co robicie? Co oznacza dla was granie muzyki.
Dla mnie znaczy bardzo wiele. Słuchamy dużo muzyki i każdy, kto kiedykolwiek ją grał wie, że jest to pewien sposób wyzwolenia. To pewien rodzaj świętości. Ludzie próbują wyzwalać się w różny sposób: ćwicząc, biegając, bądź okaleczając się. Dla nas jest tym właśnie granie muzyki. Nigdy nas to nie męczy – mimo, że mamy próby dwa razy w tygodniu, jeździmy w trasy i słuchamy setek innych zespołów.
Wasza muzyka jest bardzo uduchowiona. Czuć w niej też wszystkie emocje, które wkładacie w jej granie. Czy muzyka jest dobrym sposobem na ich oczyszczenie? Czy w tych paskudnych czasach może być siłą uzdrawiającą?
Wiem, co mas na myśli ale mogę jedynie przypuszczać, jak nasza muzyka jest postrzegana przez innych. Wszystko, czego pragniemy, to grać dobrze i grać dobrą muzykę. To nas rusza i miło słyszeć, że rusza one też i innych ludzi. Że jest czymś wspólnotowym. Tym był zawsze dla nas punkrock. Że nie chodziło jedynie o zespoły i kawałki, ale o bycie razem i dzielenie się pewnym doświadczeniem. Wydaje mi się, że właśnie to czyni muzykę czymś wyjątkowym. Jest to coś niedefiniowalnego. Coś, czego nie można przedstawić za pomocą obrazka, bądź druku. To pewien moment.
Wasza muzyka wyszła poza kraj, z którego pochodzicie. Sam znam wielu ludzi w Polsce, którzy uwielbiają wasz zespół. Czy można postrzegać waszą muzykę jako coś w rodzaju uniwersalnego języka?
Czuję, że tak właśnie jest. To, że lubią ją ludzie w Polsce i w innych odległych miejscach, jest czym niewiarygodnym i czujemy z tego powodu wielką pokorę. Osobiście uważam, że generalnie muzyka to uniwersalny język. Myślę, że muzyka, której słucham, czyni mnie osobą lepszą i bardziej pozytywnie nastawioną do świata, w którym żyję.
Daniel jest autorem wspaniałych tekstów waszych piosenka. Ale to ciebie muszę spytać, jak ważne jest przesłanie, które niesie wasza muzyka?
Sam też uważam, że teksty Daniela są niesamowite. Jednak sam nie wiem do końca, co miał on na myśli i dla tego tworze dla tych tekstów pewne obrazy w moim mózgu. Z drugiej strony właśnie to w nich lubię – nie są ani tematyczne, ani polityczne. Są po prostu piękne!
Wasz ostatni album nosi tytuł „Love is Love”. Jak ty sam go interpretujesz?
Daniel powiedział pewnego dnia: „Love is Love” i uznaliśmy, że będzie to dobry tytuł płyty. To znaczy, po prostu, że miłość jest właśnie tym czym jest. Śpiewali także o tym The Beatles i Sonic Youth...
Czy nie sądzisz, że czasami wasza twórczość może być opacznie rozumiana przez słuchaczy? Czy jesteście tego świadomi?
Z całą pewnością często jesteśmy rozumiani opacznie, ale z drugiej strony ja sam mam kłopot z wyjaśnieniem tego, co chcemy robić. Czuję, że czasami sam trochę mącę próbując o tym mówić. Nie mamy żadnego określonego przesłania. Próbujemy pisać dobre utwory, ale nasze teksty nie mają określonego przesłania. Myślę, że właśnie z tego powodu ludzie mają z nami pewien problem. Ale dla mnie jest to OK. Jesteśmy tylko ludźmi i nie jesteśmy w stanie pojąć wszystkiego, a nasza muzyka nie jest też adresowana dla wszystkich. Nie jest to powód do frustracji, bo po prostu rozumiem, że dla wielu nie ma ona żadnego znaczenia.
Czy można powiedzieć, że pozostawiacie słuchaczowi swobodę interpretacji waszej twórczości?
Tak. Mogę powiedzieć, że z całą pewnością tak właśnie jest. To właśnie my robimy nasze utwory i dzieje się to w pewien określony sposób, ale są one otwarte na każdą interpretację i jestem bardo szczęśliwy z tego powodu, że tak właśnie jest. Ja sam słucham właśnie takiej muzyki, która nie mieście się w określonych granicach i nie jest łatwa do zdefiniowania. Takiej, która jest po prostu dobrą muzyką.
Czego najchętniej słuchacie na co dzień? Co was inspiruje? Z całą pewnością jesteście zespołem rockowym, ale słychać u was wpływ wielu gatunków muzyki.
Słuchamy wielu rodzajów muzyki – od punkrocka, przez pop do dubu i reggae. Także muzyki hinduskiej, starych płyt z bluesem, każdego rodzaju naprawdę. Nie można wyobrazić sobie czwórki ludzi słuchającej w tym samym czasie takiej samej muzyki. Myślę, że nigdy nie bylibyśmy w stanie grac jednego rodzaju piosenek i myślę, że znajduje to odbicie w naszych utworach. Opierają się one na gitarze, basie, bębnach i wokalu, więc w swoim pochodzeniu jest to bardzo rockandrollowe.
Czy czujecie się częścią rockowej kultury? Co tak właściwie znaczy dla was termin ‘rockandroll’?
Rockandroll? Myślę, że lubię ten termin, ale kiedy myślę o tych wszystkich rzeczach, które mogą być kojarzone z rockandrollem, to nie czuję się z tego powodu zbyt szczęśliwy. Rockandroll jest po prostu muzyką, a ja nie chcę jej opisywać. Z drugiej strony – jako, że nie znoszę terminu ‘indie rock’ – mogę powiedzieć, że jesteśmy po prostu zespołem rockandrollowym. Nie gramy muzyki klasycznej, nie gramy jazzu, nie gramy calypso, więc brak lepszych terminów prowadzi nas wprost do rockandrolla.
Czy, na zakończenie, możesz powiedzieć czego można się po was spodziewać w niedalekiej przyszłości.
Nie mamy żadnych planów długoterminowych. Teraz pracujemy nad utworami na nową płytę i chcemy grać koncerty. Chcemy robić to, co robimy teraz, aż do momentu kiedy przestaniemy to robić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz