czwartek, 25 grudnia 2014

The Jesus Lizard

The Jesus Lizard udało mi się po raz pierwszy zobaczyć w akcji dopiero podczas ich ostatniej trasy po Europie i było to doświadczenie totalne. Wywiad z zespołem był także jednym z dziwniejszych w mojej pismackiej karierze – pytani i pytający w zawrotnym tempie wysuszyli butelkę Jima Beama, przepijając ją piwem. Wywiad udało się jednak doprowadzić do końca i został opublikowany w magazynie Brum w listopadzie 1998 roku. Za zdjęcia z tego samego praskiego koncertu dziękuję Michałowi Mazurowi. 


The Jesus Lizard: Doktor Jekyl i Mister Yow















Jeżeli istnieje metoda przełożenia na język dźwięków energii powstałej w skutek rozszczepienia jądra atomu, to jestem pewien, że efekt musi być w jakimś stopniu zbliżony do koncertu the Jesus Lizard. Nawałnica dźwięków, precyzyjnie generowana przy pomocy jak najbardziej konwencjonalnego zestawu instrumentów, wpierw przygniata, aby później wepchnąć w słuchacza taką samą energię. Na koncercie dochodzi do tego jeszcze spektakl w wykonaniu mistrza ceremonii - Davida Yow. Spróbują sobie Państwo wyobrazić Yowa plującego, zdzierającego z siebie ubranie, epatującego niesamowitą mimiką, skaczącego w publiczność i miotającego odsłuchami. Wszystko po to, aby w końcu zbudować z nich piramidę i stanąć nago na jej szczycie przy dźwiękach zamykającego koncert ich sztandarowego kawałka “Here Comes Dudley”. Wszystkie te psycho-ekshibicjonistyczne ekstrawagancje nie przeszkadzały mu jednak w śpiewaniu. Państwo wybaczą, nie sposób opisać tego słowami.

Wybierając się do Pragi byłem dręczony poważnymi obawami. The Jesus Lizard zarówno w moim przekonaniu, jak i w oczach krytyki, to jedna z najważniejszych formacji w historii postpunkowego rocka. Jej korzenie sięgają roku 1982, kiedy to w Teksasie powstaje zespół the Scratch Acid. Czerpiąc inspirację z jednej strony z amerykańskiej tradycji, a z drugiej strony z hard core i nowej fali, stworzyli niezwykłą w swojej ekspresji muzykę. Niedoceniani w rodzinnych stronach oparcie znaleźli w scenie z Chicago i będącej jej podwaliną wytwórni Touch And Go. Niestety, wkrótce potem The Scratch Acid przestają istnieć. W 1989 roku Yow i David Simms (ten ostatni bogatszy o doświadczenia wspólnego grania ze Steve Albinim w Rapeman) zakładają The Jesus Lizard. Dźwięki wywodzące się z prostej linii z noisowej tradycji tutaj bardziej jeszcze okrzepły i nabrały dodatkowego wyrazu. Każdy kolejny album nagrywany dla Touch And Go był krwistym kawałkiem postpunkowego rocka, jakże odległego od obowiązującej wówczas estetyki ugrzecznionego grunge. Przez długi czas konsekwentnie wierni scenie niezależnej w 1995 decydują się jednak na zaskakujący kontrakt z Capitol Records. O ile ich pierwsza duża płyta w szeregach korporacji była zbliżona do tego, co robili wcześniej, to album “Blue” z 1998 roku zaskoczył zmianami i to w dodatku nie takimi, jakie chcieliby widzieć ich starzy zwolennicy. Na szczęście, ich koncerty to w dalszym ciągu erupcja surowej energii. 

Z wokalistą Davidem Yow i nowym perkusista zespołu Brendanem (wcześniej członkiem legendarnego zespołu the Fiasco, akompaniującego ekscentrycznemu artyście z Chicago, Wesley Willisowi) rozmawiałem w garderobie klubu Roxy w Pradze 19 września 1998 roku. Rozmowie towarzyszyła konsumpcja najlepszego, obok Slint i Rodan, wynalazku rodem z Louisville, Kentucky i stąd może nieco zbyt frywolny nastrój tej rozmowy. Państwo wybaczą.
















Pierwsze pytanie może cię trochę śmieszyć, ale po tym jak zobaczyłem cię pierwszy raz na scenie wydajesz się być rock’n’rollową bestią. Chciałem zapytać cię o to, jakiego rodzaju siła motywuje twoje zachowanie na scenie?

Yow: Płacą mi za to, że to robię...

Kto ci płaci?

Yow: Klub, zespół...

Dobra, ale poza tym musi być jednak coś, co wypływa z twojego wnętrza. Co to jest ? Wściekłość, emocje... ?

Yow: Emocje, nie wściekłość. W przeszłości wiele razy ludzie mówili mi, że myśleli, że jestem bardzo wściekłą osobą i to, co robię koncentruje się wokół wściekłości. Ale ja sam osobiście naprawdę nie sądzę, że właśnie o to chodzi i że bazuje to na wściekłości. Myślę, że bardziej jest to ciekawość i pewien rodzaj niezłośliwej agresji.

Czy zgadzasz się z tym, że wasza muzyka i koncerty to coś w rodzaju terapii dla słuchacza?

Yow: Sam nie mogę tak uważać, ale jestem szczęśliwy, kiedy ludzie mówią mi coś takiego. Wielu ludzi powiedziało mi, że pomogliśmy im w ciężkich czasach, chociażby uzależnienia od narkotyków albo kłopotów rodzinnych. Powiedzieli, że nasza muzyka pomogła im przez to przejść. Kiedy ktoś mówi ci właśnie coś takiego, to jest to z pewnością największy komplement, o którym mogę pomyśleć.

Mogę to potwierdzić, ponieważ słuchanie “Goat” albo “Liar” pomaga mi odreagować się w ciężkich chwilach. Wiesz, to nie jest komplement...

Yow: To nie jest komplement!? To pierdol się! [kupa śmiechu – przyp. WK]

OK, powiedz coś o waszej nowej płycie. Kiedy pierwszy raz usłyszałem “Blue” poczułem się nieco rozczarowany i po kilku przesłuchaniach jest tak nadal. 

Yow: Dlaczego jesteś rozczarowany?

Mogę powiedzieć, że w pewnym sensie jest to jakiś krok do przodu, ale może to nie być to, czego oczekiwali wasi starzy fani. Czy planowaliście właśnie coś takiego nagrywając tę płytę?

Yow: Tak! Jaki sens ma nagrywanie w kółko takich samych płyt? Myślę, że jeżeli "Down" brzmiał tak dobrze jak "Liar" i "Goat", to nie powinna powstać następna płyta brzmiąca identycznie jak "Liar" i "Goat". Zgadzam się z ty, że obok "Blue" są to nasze najlepsze płyty, ale to są prawie takie same płyty. Więc o co chodzi?

Jak przebiegała praca z Andy Gillem [producent ostatniej płyty zespołu, wcześniej muzyk jednego z najbardziej wizjonerskich zespołów w historii rocka – Gang Of Four – przyp. WK]? Czy różniło się to od pracy ze Stevem Albinim?

Yow: W obu przypadkach była to niezła zabawa - w takim stopniu, w jakim nagrywanie może być właśnie zabawą. Andy był o tyle dobry, że pojawił się z pomysłami, które polubiliśmy, a na które sami nie mogliśmy wpaść. Było to dla nas bardzo ekscytujące, był on kimś, kto bardzo dobrze wiedział, co zabrać a co wziąć. O wszystkim co proponował mówił na zasadzie sugestii i decyzje zawsze należały do nas. Myślę, że było to bardzo dobre. Pracowałem z różnymi producentami, ale z tej trójki Andy był bossem. Ale to nasza płyta, a nie jego. 















Dlaczego wybraliście właśnie jego? Czyżby dlatego, że jesteście starymi fanami Gang of Four?

Yow: Hej, mówisz o nas “starzy” ... ! OK., żartuję. Lubię Gang of Four, ale nie wiem czy mogę uznać się za ich fana. Mam "Entertaiment", mam "Solid Gold" i mam też tę inną... "Hard". Myślę, że byli wspaniałym zespołem, ale prawda jest taka, iż ostatniego lata nagrywaliśmy singla i kontaktowaliśmy się z wieloma różnymi producentami w sprawie jego produkcji. Andy był jednym z nich i nagraliśmy z nim dwa kawałki i poszło to bardzo dobrze. Kiedy nadszedł czas nagrania albumu, spytaliśmy go: "Hej, Andy, chcesz to zrobić?", a on odpowiedział: "Tak".

Na wspomnianym singlu pracowaliście także z Jimem O’Rourke. Jak to wyglądało?

Yow: To nie było tak, że pracowaliśmy z nim. Nagraliśmy ten kawałek [“Needels for Teeth” – przyp. WK] i byliśmy bardzo niezadowoleni z jego brzmienia. Duane [gitarzysta Jesus Lizard – przyp. WK] był jego starym przyjacielem. Dał Jimowi taśmę i powiedział, że może to zmiksować i zrobić to, co uważa za stosowne.

To znaczy, że on tylko zremisował wasze nagranie? 

Yow: Tak zrobił to i kompletnie ją zmienił. Myślę, że zrobił to dobrze i lepiej niż ktokolwiek inny.

Następne pytanie dotyczy Chicago, ponieważ właśnie stamtąd pochodzicie. Czy możecie powiedzieć, co jest przyczyną tego, że właśnie tam powstała tak dobra scena muzyczna? Działa tam wiele wspaniałych zespołów z Shellac i Tortoise na czele...

Yow: To tylko wielkie miasto i mieszka tam wiele osób. Jest tam naprawdę dobra społeczność artystyczna. Nie wiem... Co ty o tym sądzisz Brendan ?

Brendan: Mogę się zgodzić się z tym, że jest to wielkie miasto i wiele muzyki, którą ludzie uważają za podobna przyszło właśnie stamtąd. Wszystko to zaczęło się z Big Black i w czasie Big Black i po Big Black powstało wiele zespołów, które brzmiały jak Big Black. Powstało też wiele innych zespołów, które nie bardzo brzmiały tak jak oni, ale powiedziano o nich, że tak właśnie brzmią. Wszystkie te zespoły zebrano razem i nazwano wiodącą sceną muzyczną Chicago. Wśród tych grup było kilka naprawdę wielkich zespołów, które nie koniecznie podążały za trendem, o którym mówię. To tylko olbrzymie miasto i żyje tam tak wielu różnych ludzi, ale podobne rzeczy dzieją się we wszystkich dużych miastach w całym kraju, które stają się muzyczną mekką. Austin w Teksasie funkcjonował w ten sposób przez chwile, Atlanta, Athens w stanie Georgia, Nowy Jork. Takie rzeczy dzieją się wszędzie.

Yow: Chicago zawsze miało ogromne tradycje muzyczne - obojętnie czy jest to rock, jazz, blues, czy coś innego. To zawsze było muzyczne miasto. To jest właściwa odpowiedź.





















Czy to dlatego, że żyje tam tak wielu ludzi wywodzących się z zupełnie innych kultur i środowisk?

Yow: Tak, ale nie sądzę, że to koniecznie wiąże się z miastem, w którym żyjesz. Jest wystarczający dostęp do różnej muzyki i nie ważne jest to gdzie mieszkasz. Może w Chicago jest to trochę bardziej oczywiste.

Co sądzicie o modnym określeniu post rock, używanym do opisywania wielu zespołów z Chicago?

Yow: Post rock? Co to jest?

W ten sposób określa się chociażby Tortoise...

Yow: Nie jestem fanem takich etykietek. Próby opisywania dźwięków brzmią  idiotycznie. Nie jestem fanem etykietek i tego typu rzeczy. Co to jest 'muzyka alternatywna'? Nie mogę sobie wyobrazić, że jesteś w zespole i kiedy pytają cię o rodzaj granej przez ciebie muzyki, odpowiadasz, że jest to 'muzyka alternatywna'. To tak samo jakbyś powiedział, że grasz muzyką drugiego planu, muzykę drugiego wyboru, muzykę, której tak naprawdę nikt nie chce słuchać. Ale możesz robić to, co chcesz. Myślę, że jedną z najlepszych rzeczy dotyczących muzyki rockowej jest to, że muzyka rockowa może być znacznie bardziej zróżnicowana wewnętrznie niż każdy inny rodzaj muzyki. Inne gatunki, jak reggae albo rap , brzmią prawie zupełnie tak samo. Znaczenie rocka może być ekstremalnie rozciągnięte i w dalszym ciągu nazwane rockiem. I nie sądzę, by były jakiekolwiek podstawy, by w jakiś sposób to określać. OK., była jedna etykietka, która mi się podobała. Kiedy byłem w Scratch Acid to usłyszałem, że w Europie określano muzykę takich zespołów jak: Big Black, Swans, Sonic Youth, Scratch Acid i Butthole Surfers jako “pigfucker music” [muzyka świniojebców ? – przyp. WK]. Pomyślałem wtedy: "To brzmi całkiem dobrze i nie ma potrzeby by to nazywać inaczej".

OK., przestańmy rozmawiać o muzyce. Chciałbym poprosić was o coś w rodzaju komentarza politycznego.

Yow: Nie znam żadnych odpowiedzi na te tematy...

Właściwie chodzi mi tylko o jedno. Co sądzicie o całym tym medialnym zgiełku wokół sprawy Clintona ? [Chodzi o incydent z Monika Lewinski i cygarem z jesieni 1998 roku – przyp WK]

Yow: Czy to jest problem polityczny? Nie. To problem osobisty i to nie nasz interes. To jest sprawa Billa, to sprawa Moniki, sprawa Hilary i sprawa Chelsea. Nikogo więcej.

Więc nie chcecie komentować tej medialnej paranoi wokół tego tematu?

Yow: Naprawdę niewiele o tym myślę, ale uczciwie mówiąc ostatnio myślałem o tym, w jaki sposób sprawy w mediach zostały rozmyte w proporcjach przy pomocy pana Starra. To dotyczy także sposobu prowadzenia sprawy O.J. Simpsona. Myślę, że w bliskiej przyszłości takie sprawy będą miały wiele wspólnego ze sobą. Przynajmniej w Stanach, ale myślę, że także na całym, świecie, ponieważ cały świat chce być taki jak Stany. I nie sądzę, że będzie to dobre. 

Pytałem o to, ponieważ Polska jest krajem pełnym własnych problemów społecznych i politycznych, ale na czołowych stronach wszystkich gazet w ubiegłym tygodniu była sprawa Clintona. Polska tak naprawdę nie ma z tym nic wspólnego, jednak był to najbardziej komentowany temat w mediach.

Yow: To śmieszne! W pewnej skali martwi mnie to, że w wielu krajach ludzie mają ukształtowane zdanie na temat Amerykanów i wszyscy uważają to za skandal i rzecz bardzo istotną. To dziwne być Amerykaninem i przyjeżdżać do innych krajów na tak szczęśliwej zasadzie jak nasza - zespołu rockowego. Mam nadzieję, że dzięki bogu, ludzie którzy nas słuchają nie odbierają nas w ten sposób jaki innych Amerykanów. 

Dobra. Czy chcecie na koniec powiedzieć coś Polakom, którzy będą czytali ten wywiad?

Yow: Tak, chcę powiedzieć tym ludziom w Polsce, którzy będą czytali Bloom Magazine...

Nie Bloom, tylko Brum. Bi-ar-ju-em....

Yow: Więc chciałbym powiedzieć czytelnikom Bloom magazine... Ha, ha, żartuję, nie wściekaj się... Dobra, chciałbym powiedzieć 'gówno', 'zimny piwo', 'american wyrób' i oczywiście ... [długie milczenie – przyp. WK]

Na zdrowie?

Yow i Brandon: Tak oczywiście! Na zdrowie ! [kupa śmiechu – przyp.WK]
Yow: Przykro mi, ale to wszystko, co mogę powiedzieć po Polsku.

















PS: Jako bonus mój ulubiony koncertowy klip The Jesus Lizard. Tu widać, kim tak naprawdę jest David Yow ;)




poniedziałek, 22 grudnia 2014

Fugazi

Fugazi

Swego czasu robiłem za szpeca od Fugazi. Teksty o zespole zamieściłem praktycznie w każdym piśmie muzycznym ukazującym się w Polsce pod koniec lat 90. Poczytuje to sobie za zaszczyt, bo lepiej było pisać o kimś ważnym, niż starać się promować kolejne sensacyjki miesiąca podsyłane przez te większe i mniejsze wytwornie płytowe. 

Oto jeden z moich wywiadów z zespołem. Pochodzi z wiosny 1999 roku i został opublikowany w miesięczniku 'Brum'.



Fugazi: Robić swoje i iść do przodu








 










Pamiętam, kiedy podczas mojej dawnej wizyty w Holandii, Hans Engel (lider zespołu the Vernon Walters) wspominał trasę, którą jego zagrał wraz z Fugazi w 1988 roku. Była to pierwsza wizyta waszyngtońskiego kwartetu w Europie - zespoły grały głównie w squattach, koncerty gromadziły publiczność rzędu stu osób. Dwa lata później, Fugazi zapełniało już największe kluby. Dzisiaj notki o nich można znaleźć w każdej rockowej encyklopedii, a płyty zespołu rozchodzą się w setkach tysięcy egzemplarzy. Osiągnęli swoją pozycję ciężką pracą i twórczą konsekwencją, wykluczającą jakiekolwiek kompromisy. Ich płyty wydaje prowadzona przez Iana McKaye firma Dischord Records, nie robią i nie sprzedają koszulek, a maksymalna cena biletów na ich amerykańskie koncerty wynosi 6 dolarów.

Fugazi, o czym zdają się jednak zapominać piszący o zespole, to jednak przede wszystkim zespół grający muzykę. To klarowna propozycja artystyczna, w której subtelność dźwięków w perfekcyjny sposób splata się z towarzyszącą muzyce totalną energią.

Mam przyjemność przedstawić Państwu wywiad, który przeprowadziłem za pośrednictwem poczty elektronicznej z gitarzystą i wokalistą zespołu Guy Picotto.

 

Czym różni się dzisiejsze Fugazi od Fugazi circa 1988? Jak bardzo zmienił się od tego czasu zespół i pomysł na muzykę?

Jeżeli jesteś uczestnikiem jakiegoś przedsięwzięcia, to czasami nie jest łatwo uświadomić sobie skalę zachodzących zmian. Tego typu rzeczy są z pewnością łatwiejsze do uchwycenia z punktu widzenia outsidera. Z perspektywy członka zespołu, czasami, nie można wyczuć tego, jak wszystko zmieniło się jako całość. Praktycznie, przez cały czas prowadzimy zespół w ten sam sposób. Przede wszystkim, ciągle ściśle koncentrujemy się na fachowej pracy. Naszym prymarnym celem było zawsze robienie muzyki i zachowanie autonomii i to nie uległo zmianie. Jednak na drodze pojawiały się praktyczne okoliczności, z którymi musieliśmy sobie radzić – chociażby rosnąca popularność zespołu, czy fakt, że nasz perkusista Brendan został ojcem. Jednak udało nam się dostosować do tych okoliczności, kontynuując pracę zespołu według obranego wcześniej kierunku.

W okresie „End Hits” konsekwentnie rozwijacie styl wypracowany przez zespół w końcu lat osiemdziesiątych. Z drugiej strony więcej jest w waszej muzyce eksperymentów i elementów rocka awangardowego, niż na wcześniejszych płytach. Czy jesteście zadowoleni z brzmienia, które osiągnęliście na „End Hits”? Czy wasze kolejne płyty będą szły właśnie w tym kierunku?

Nigdy świadomie nie próbowaliśmy wyznaczać określonego kierunku rozwoju. Wszystko sprowadza się do tego, że gramy muzykę i dajemy jej szansę, aby rozwijała się według swojej własnej harmonii. Kiedy zaczynaliśmy grać, zarówno ja, jak i Brendan byliśmy jedynie dodatkami do istniejącej już wcześniej drużyny, tworzonej przez Joe i Iana, którzy grali już razem od pewnego czasu. Właśnie dlatego pierwsza partia utworów była napisana przez Iana i wszyscy inni w pewnym sensie musieli się ich uczyć. Kiedy wszyscy połączyliśmy się w zespół w pełnym tego słowa znaczeniu, to wszystko stało się znacznie bardziej demokratyczne i każdy zaczął wnosić do tego własne pomysły. Biorąc pod uwagę pisanie utworów, istnieje realna przepaść między okresem powstawania „13 Songs”, a wszystkim, co miało miejsce później. Sprowadza się to do faktu, że pomysły pochodzą z czterech różnych perspektyw w przeciwieństwie do jednej. Nie sądzę, żeby zbyt wielu ludzi mogło zdawać sobie sprawę, że wkład Brendana w tworzenie linii gitary i basu jest tak częsty jak pozostałej trójki. Każdy kawałek muzyki zostaje najpierw zagrany razem, a później rozwijany przez całą czwórkę. „End Hits” nie było więc przemyślaną próbą bycia bardziej eksperymentującymi i z pewnością nie było też reakcją na nasze wcześniejsze dokonania. W tej chwili wydaje mi się, że każda z naszych płyt jest budowana na pomysłach wynikających z poprzedniej i popycha te pomysły trochę do przodu. Myślę, że kiedyś czuliśmy się bardzo komfortowo grając koncerty, natomiast w studiu byliśmy spięci i ograniczeni. Miało to wiele wspólnego z naszym brakiem studyjnego doświadczenia oraz z faktem utraty energii wynikającej z potrzeby "nakarmienia" publiczności. Od jakiegoś czasu sami produkujemy swoje płyty i myślę, że jesteśmy bardziej zaznajomieni ze sprzętem, co w rezultacie znacznie poszerza nasze możliwości. Nikt z nas nie jest w stanie nawet przypuszczać, jak będzie brzmiała nasza ostatnia płyta – będziemy jedynie popychać mechanizm w tym samym kierunku.

Powiedz coś więcej o waszym ostatnim projekcie – filmie „Instrument”. Czy jesteście zadowoleni z ostatecznego efektu?


 

„Instrument” powstał w pewnym sensie przez przypadek. Nie zakładaliśmy na początku, że będziemy robić film. Jem Cohen [reżyser filmu i autor większości zdjęć – przyp. WK] filmował zespół od samego początku, kiedy jeszcze nie było zwyczaju przychodzenia na nasze koncerty z kamerami video. Robił to bez określonych intencji. Jednak w pewnym momencie odkryliśmy, że ma on mnóstwo zapisu video naszych koncertów i przeglądając to, w ciągu jednej nocy doszliśmy do wniosku, że jest to dobry punkt wyjścia do zrobienia filmu. Filmu dokumentującego różne aspekty działalności zespołu. Wtedy właśnie zaczęło się to układać w formę projektu i Jem zaczął dodawać do tego różne rodzaje zdjęć, poza zwykłymi materiałami koncertowymi. Pojechał z nami na trasę, robił wywiady z dzieciakami na koncertach i przejrzał też nasze archiwum video. Przez ten czas, po wybraniu większości materiału i dodaniu ścieżki dźwiękowej, nabrało to kształtu, w jakim istnieje dzisiaj. Myślę, że jesteśmy całkiem zadowoleni z filmu w obecnym stanie. Bardzo trudno opowiedzieć kompletną historię jakiegokolwiek zespołu, jednak wydaje mi się, że Jemowi udało się zebrać na taśmie filmowej ogromną ilość naszych doświadczeń. Poza tym jedną z rzeczy, która wyjątkowo mnie cieszy, to sposób, w jaki byliśmy zdolni spleść elementy stworzonej przez zespół specjalnie do filmu ścieżki dźwiękowej z kilkoma niemymi sekwencjami nakręconymi przez Jeffa.

Czy wasza muzyka w dalszym ciągu ma przełożenie na takie terminy jak „punk rock”, „do it yourself” czy „underground”? Co znaczą dla was te pojęcia w chwili obecnej? Jesteście w przecież w pewien sposób z nimi związani od wczesnych lat osiemdziesiątych...

Osobiście, dla nas wszystkich słowa te wciąż niosą z sobą olbrzymi ładunek siły. Z drugiej strony odkryliśmy, że na wiele sposobów słowa te zostały obdarte ze swoich specyficznych znaczeń przez handlarzy kulturą masową. Realnie, nie jesteśmy lojalni wobec słów samych w sobie, ponieważ ich znaczenie bywa bardzo rozciągnięte. Nie jest dla nas ważne by toczyć bitwy o wytrwanie przy terminach takich jak „punk rock” czy „underground” dla określania naszej muzyki. Z całą pewnością nadal uważam, że stoimy w jednym rzędzie z tym wszystkim, co towarzyszy punk rockowi, udergroundowi czy DIY. Nie jest jednak ważne dla nas to, gdy ktoś odbiera naszą muzykę w sposób od nich oddzielony. Idee autonomii i oporu wobec kultury masowej, a także kreatywna wściekłość, są po prostu częścią tego, co robimy. Etykietki bardzo często nie są tożsame z konsekwencją.






 











Swego czasu Ian powiedział, że zespół jest przesłaniem i spędził dziesięć lat pracując nad tym. Czy - odnosząc się do tego stwierdzenia - istnieje jakaś idea, którą zespół stara się promować przez muzykę, czy też zostawiacie interpretację przesłania słuchaczowi?

Nie sądzę, by istnienie jakiegokolwiek zespołu ograniczało się jedynie do promocji bądź sponsorowania jakiejkolwiek, określonej bądź nieokreślonej, idei. Nie chcemy ograniczać naszego werbalnego ataku do jednego czy dwóch sloganów. Jak powiedział Ian, zespół jest przesłaniem i wszystko sprowadza się do sumy doświadczeń tworzących go ludzi. To wszystkie piosenki, koncerty i płyty zebrane razem i połączone wyładowaniem twórczy i różnymi odchyleniami naszej ekspresji. Na tym kończy się nasze zadanie i jeżeli ktokolwiek chciałby wejść w interakcję ze wspomnianym wyładowaniem energetycznym, to powinien zamknąć obwód, inwestując weń własną energię.

Ty i Ian jesteście uznanymi producentami, z kolei Brendan gra na gitarze w All Scars. Jak wasze poboczne projekty współgrają z tym, co robicie z zespołem?

W przeszłości byliśmy zwykle tak zajęci tym, co robiliśmy z Fugazi, że ciężko było brać udział w innych projektach. Teraz, ponieważ nie koncertujemy już tak maniakalnie często jak to miało miejsce w przeszłości, możemy znacznie łatwiej skupiać się na innych zainteresowaniach i zajęciach. Joe całkiem poważnie zajął się swoją firmą płytową Tolotta Records i właśnie zabiera się do wydania wspaniałego nowego albumu waszyngtońskiej grupy Spirit Caravan. Brendan jest zaangażowany w produkcję nowej płyty the Make Up, a także komponuje muzykę do telewizyjnego dokumentu traktującego o inżynierii, a konkretnie budowie mostów i tuneli. Głównym zajęciem Iana jest zwykle menedżerowanie zespołowi, a także prowadzenie Dischord Records. Ostatnio był także producentem nowej płyty Lungfish, która powinna ukazać się tej wiosny. Ja sam ciągle próbuję sprawdzać się jako producent – moja ostatnia projektem na tym polu była kaseta zespołu Deep Lust. Prowadzę także wytwórnie płytową nazywającą się Peterbilt i pracuję wspólnie z Dischord nad reedycją płyty mojego starego zespołu - One Last Wish. Dlatego też wydaje mi się, że chociaż w pewnym sensie żal nam rezygnacji z bezustannych koncertów, jednak z drugiej strony to bardzo miło, że możemy teraz robić te wszystkie inne rzeczy.

Fugazi wydaje się być jednym z najważniejszych zespołów lat dziewięćdziesiątych. W taki czy inny sposób zainspirowaliście wielu artystów i wielu ludzi. Czy satysfakcjonuje was reakcja na waszą twórczość?

Tak. Myślę, że jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani oddźwiękiem na nasze dokonania, ale z drugiej strony myślę, że tak naprawdę to, co robimy nie bazowało na oddźwięku, który wytworzył się sam. Zawsze wspaniałe jest to, kiedy czujesz energię zwrotną idącą do strony tłumu w czasie koncertu i zawsze to miłe, kiedy słyszysz od ludzi, że lubią naszą muzykę i są przez nią inspirowani. Jednak w założeniu, muzyka powstaje w odizolowanej od tego sferze. Pracujemy ciężko nad tym, aby zadowolić samych siebie i jest wspaniale, jeżeli później jest to w stanie zadowolić innych.





 














Czy tekst utwory „Long Distance Runner” w jakikolwiek sposób odnosi się do zespołu? Fugazi właśnie kończy jedenasty rok działalności...

Nie sądzę by utwór ten był napisany konkretnie z myślą o Fugazi. Myślę jednak, że w pewnym sensie może być w ten sposób interpretowany. Ciągniemy ten interes od dawna – z pewnością znacznie dłużej niż ktokolwiek z zespołu mógł przypuszczać. I tak jak powiedziałem wcześniej, myślę, że będziemy utrzymywać się w mozolnym ruchu do przodu. Do momentu, kiedy dojdziemy wspólnie do wniosku, że nie mamy już żadnych pomysłów i niczego do powiedzenia.

Czego można spodziewać się po Fugazi w najbliższej przyszłości?


Mamy na koncie nowe produkcje – wspomniany dwugodzinny film video „Instrument” i płytę z nagraną do niego ścieżką dźwiękową, na której zebraliśmy ogromną ilością muzyki. Od kiedy nasz perkusista Brendan został ojcem małego chłopczyka, Asy, nie możemy być zbyt długo poza domem. Dlatego też planujemy serie krótkich tras w tym roku. Rozpoczynamy w kwietniu w Anglii i mamy nadzieje koncertować w Europie w ciągu reszty roku. Mam nadzieję, że Polska będzie uwzględniona w naszym planie, ale jak dotąd nic nie zostało jeszcze do końca ustalone. Poza tym jesteśmy w trakcie pisania całej wiązanki nowych utworów, więc w pewnym momencie będziemy też składać nowy album. Wszyscy zainteresowani zespołem, naszymi trasami i terminami powinni odwiedzić naszą stronę internetową:

http://www.southern.com/southern/band/FUGAZ/index.html.

środa, 10 grudnia 2014

The Raincoats

Gdyby ta historia nie była prawdziwa, to wyglądałaby na żywcem wyjętą z tandetnego niezależnego filmu z ostatniej dekady ubiegłego wieku. W skrócie: gwiazdor rocka, outsider i neurotyk, szuka w obcym mieście krążka zespołu, którego słuchał namiętnie jako nastolatek w małej amerykańskiej mieścinie. Znajduje go w końcu w kultowym sklepie z płytami i od sprzedawcy dowiaduje się, że jego wokalistka stoi za ladą w innym sklepie, tuż za rogiem. Gwiazdor odnajduje ją, opisuje to niezwykłe spotkanie na wkładce do swojego nowego albumu, zachęca zespół do reaktywacji i oferuje trasę koncertową z jego własną formacją. Historia oczywiście bez happy endu, ponieważ na kilka tygodni przed koncertami gwiazdor przedawkowuje heroinę, później strzela sobie w łeb i schodzi z tego świata, pozostawiając swoją ulubioną wokalistkę za
sklepową ladą.

Klucz do tej historii jest następujący: gwiazdor to nie kto inny niż Kurt Cobain, sklep z plytami nazywa sie Rough Trade, a spotkana idolka szczenięcych lat to Ana da Silva z grupy The Raincoats. Wznowiono właśnie ich debiutancki album, będący - zdaniem niżej podpisanego - niezwykle oryginalnym i poetyckim arcydziełem postpunkowego rocka, wzbogacony o fragment filmowego zapisu koncertu zagranego przez zespół w Warszawie w 1978 roku. Bo trzeba wiedzieć, że The Raincoats w kwietniu 1978 roku wystapił jako pierwsza zagraniczna grupa punkowo-nowofalowa na koncercie w Polsce, a być może w całym dawnym KDL-u.

Z Aną da Silva i Giną Birch rozmawiał Wojtek Kozielski. 

The Raincoats














Po długiej przerwie The Raincoats wystąpią w maju na festwalu All Tomorrow's Parties. Nie byłyście ostatnio zbyt aktywne koncertowo - poza paroma sporadycznymi występami nie grałyście od wielu, wielu lat. Co czujecie wracając na scenę po tak długiej przerwie?

Gina Birch: To była długa, długa przerwa... Reaktywowałyśmy się w połowie lat 90., ale w międzyczasie pracowałyśmy nad projektami solowymi, tudzież współpracowałyśmy z innymi ludźmi i ciagle przebywałyśmy w pewnej strefie twórczej. To jednak wspaniałe uczucie grać znowu jako Raincoats. To, co robimy opiera się w pewnym sensie na niedociągnięciach i myślę, że brzmi to swieżo - pomijając fakt, że w kółko gramy te stare rzeczy. Jest więc w tym coś żywego. Andy Gill (gitarzysta Gang of Four - przyp. WK) powiedział kiedyś w rozmowie ze mną, że za każdym razem kiedy ogląda nas na żywo ma uczucie jakbyśmy robiły to pierwszy raz. Myślę, że to wszystko opiera się na emocjach i wzajemnym stapianiu się różnych elementów, więc za każdym razem kiedy gramy będą w tym jakieś nowe niuanse.

Minęło już ponad trzydzieści lat odkąd zaczęłyście wspólnie grać. Wasza muzyczna spuścizna jest wciąż żywa, jednakowoż gracie już dla zupełnie innej publiczności w zupełnie innych czasach, w odmiennym klimacie kulturowym i politycznym. Także wasza nowa publiczność dociera do waszej muzyki w inny sposób - nie poprzez płyty, lecz przez internet.

GB: Tak. To zabawne, nieprawdaż? Kiedy dorastałam, pojęcie 'trzydzieści lat temu' odbierałam jak milion lat. Teraz wydaje mi się, że trwa to tyle co pięć minut. Pewnie dla dzieciaków możemy być zjawiskiem sprzed wieków, ale dla nas samych to tak jakby byłyśmy tylko pięć minut starsze.

Ana Da Silva: Wielu młodych wciąż odwołuje się do muzyki nagranej przez nas i ludzi w naszym wieku; w dalszym ciągu są tego częścią. Nas bynajmniej nie inspirował Frank Sinatra, czy ludzie jego pokroju...

GB: W tamtych czasach była większa przepaść między generacjami, choć z drugiej strony Velvet Underground grali podobne rzeczy 15 lat wcześniej niż my.

AdS: Tak, jednak oni byli wtedy czymś znacznie bardziej współczesnym. Słuchałam ich płyt w trakcie studiów i była w tym jakaś ciągłość. Nie była to muzyka, która powstała zanim ja sama przyszłam na świat.

W czasch, kiedy zaczynałyście jako zespół, rock'n'roll był w pewnym sensie reakcją na muzykę tworzoną wcześniej. Teraz, kiedy spotykam ludzi młodszych ode mnie, wydaje mi się, że dla nich wszystko jest 'cool', nie kontestują niczego, co powstało wcześniej. Wydaje mi się, że kontestacja muzyki wcześniejszych generacji generalnie skończyła się jakiś czas temu i ściśle przynależy do kultury XX wieku.

AdS: Myślę, że opiera się to na nostalgii i modzie na retro... Ponieważ były to czasy buntu, to nasza muzyka była też w pewnym sensie buntownicza.

GB: Myślę, że byłyśmy awangardowymi buntowniczkami, i wydaje mi się, że w pewnym sensie wyprzedziłyśmy swój czas, nieprawdaż?

AdS: Przynajmniej tak mówią ludzie. (śmiech)

GB: Zaczynałyśmy w odpowiednim dla nas czasie. Nie próbowałyśmy świadomie robić niczego perwersyjnego czy odjechanego, próbowałyśmy po prostu robić swoje, coś świeżego i ekscytujacego. Poza tym obie studiowałyśmy sztuki plastyczne i w naturalny sposób próbowałyśmy robić to odrobinę inaczej, choć z drugiej strony bynajmniej nie próbowałyśmy być częścią  tej dziwacznej awangardowej sceny muzycznej. W tamtych czasach awangarda wydawała się być częścią muzyki systemu, a nas głównie inspirowały rzeczy typu: The Clash, Buzzcocks, The Slits, Patti Smith, Television, plus wszystkie inne zespoły z tego kręgu. Tudzież duzo reggae - w tamtych czasach dub i reggae były czymś wyjątkowym, nie tylko Bob Marley i Toots and The Maytals, lecz przede wszystkim ta niezwykła technika nagraniowa. W refrenie naszego utworu 'In Love' sama próbowałam zinterpretować dubowe pogłosy i nie wiedziałam, jak oni to robią, więc po prostu śpeiwałam "in-in-in, love-love-love", tak jakby miało to być zdubowane.  














[ Gina i Ana, 1979 ]


Hmm, życie w Londynie pod koniec lat 70. musiało być czymś wyjątkowym...

AdS: Myślę, że dotyczyło to jednak pewnego małego kręgu. Chodziłyśmy do jednego czy dwóch klubów, w których grały te zespoły i czułyśmy się częścią tego wszystkiego. Potem, kiedy Sex Pistols wystąpili w telewizji i użyli kilku słów, których nie powinni, wybuchł skandal i podchwyciła to prasa. To zabawne, bo teraz nikt nie zwróciłby uwagi na użycie takich słów. (Chodzi o użycie przez członków Sex Pistols słowa 'fuck' w programie 'Today', telewizji BBC w roku 1976, co wywołało ogromny oddźwięk w Zjednoczonym Krolestwie - przyp. WK). Wcześniej było to zjawiskiem na małą skalę, a my byłyśmy częścią tego ruchu. Życie w Londynie było samo w sobie ekscytującym - ja przyjechałam tu z Portugalii, zaś Gina z Notthingham - ale bycie częścią tego ruchu było czymś naprawdę wyjątkowym.

GB: W tamtych czasach Londyn wyglądał zupełnie inaczej. Ta okolica (Nothing Hill - przyp. WK) była pełna pustych, walących sie budynków, które zazwyczaj zamieniano w squaty. Sama mieszkałam na squacie - sam budynek się sypał, ale było to coś cudownego, ponieważ był on nasz. W okolicach mieszkało wielu artystów i muzyków, którzy także squattowali i była to naprawdę inspirująca wspólnota. Taka była wówczas rzeczywistość, i tylko z dzisiejszej perspektywy  możesz docenić to, co wtedy naprawdę się działo. Było to coś naprawdę wyjątkowego, bo dziś dzieciaki muszą wydawać tutaj fortunę na klitki do mieszkania, charują żeby opłacić czynsz i brak im czasu na twórczą aktywność. 

Czy uważacie Raincoats za zespół punkrockowy? Przykleja się wam tę etykietkę, chociaż wasza muzyka brzmi inaczej niż większość brytyjskiego punkrocka z tamtych lat.

AdS: Myślę, że punkrock stworzył wiele dobrego. Niósł on ze sobą ogromną energię, a także zachęcał do znalezienia w nim czegoś własnego i pracy nad tym. Wszytkie dobre zespoły z tego nurtu bardzo się od siebie różniły i my jesteśmy owocem tamtych czasów. Jeśli wystartowałybyśmy pięć lat wcześniej czy pięć lat później, to Raincoats byłby kompletnie innym zespołem. Myślę, że nasza postawa w tamtych czasach opierała się na odkrywaniu pewnych rzeczy i przetwarzaniu ich na swój własny sposób. Dokładnie to samo robiły te inne dobre zespoły - szukały czegoś własnego. Jeślido czegoś dążysz, to wkładasz w to własne doświadczenia, własny charakter, własną wiedzę. Powstaje wtedy coś innego niż nowa wersja dorobku innych. W latach 80. punkiem zaczęto nazywać zespoły grąjace szybko i głośno, będące taką gorszą wersją Clash i Sex Pistols.

GB: Myślę, że dla nas najważniejsze było to, że punk pozwolił nam odważyć się robić rzeczy, za które wcześniej nie odważyłybyśmy się zabrać. Pamiętam, że Ari Up z The Slits mówiła, że to przyjaciele dodawali jej odwagi do grania w zespole. Ale w jej przypadku była to zupełnie inna historia, bo przyjaźniła się z Keithem Levine, Johnym Lydonem, Joe Strummerem... Oni pomagali jej zespołowi, a my byłyśmy zdane bardziej na siebie i dopiero Geoff Travis z Rough Trade pomógł nam z produkcją i wydaniem naszej muzyki.

Pamiętacie, gdzie grałyście swoje pierwsze koncerty?

GB: Nasz pierwszy koncert zagrałyśmy w miejscu, które nazywa sie 'Tabernacle'. Teraz to bardzo frymuśne miejsce, ale w tamtym czasie było to lokalne centrum socjalne, a jak już wspominałam ta okolica była wówczas czymś na kształt 'squattlandu'.

AdS: Nasz drugi koncert zagrałyśmy w pomieszczeniu nad pubem. Niespodziewanie pojawiła się tam dwójka nieznajomych i tak zaczęła się nasza polska przygoda.










[ Ulotka z warszawskiego koncertu The Raincoats, strona A ]


No własnie. Od samego początku czekałem na właściwy moment, by zadać na ten temat pytanie.

GB: Simon, mój kumpel ze szkoły, kolegował się z preformerami z grupy Randywork. Zagrałyśmy my koncert przed ich występem, a dwójka Polaków organizujących miedzynarodowy festiwal performance'u pojawiła się tam właśnie po to, by ich nań zaprosić. Przy okazji obejrzeli nasz występ i my też dostałyśmy zaproszenie. Moi nauczyciele w szkole mówili, że może to być niebezpieczne, żeby w to nie wchodzić... 


AdS: Myślę, że właśnie zaproszenie do Polski pozwoliło nam uwierzyć w to, że jesteśmy zespołem w pełnym tego słowa znaczeniu. Kiedy zakładałyśmy The Raincoats nie myślałyśmy o karierze, płytach i tego typu rzeczach - po prostu chciałyśmy grać. I później pojechałyśmy do Polski, wystąpiłyśmy przed wielką publicznością, która darła się do utraty tchu, poraniłyśmy palce grając...

GB: O tak! Ja miałam ogromne odciski na palcach!

AdS: Dałyśmy z siebe wszystko, ponieważ publiczność także dała z siebie wszystko. Myślę, że to był nasz pierwszy koncert z prawdziwego zdarzenia. Na pierwszym byłyśmy bardzo przestraszone, drugim był ten we wspomniany pubie - to była świetna zabawa, ale myślę, że dopiero w Polsce odnalazłyśmy istotę zespołu.

To był wyjątkowy koncert także dla mojego kraju - najprawdopodobniej Raicoats był pierwszą punkrockowa grupą z zagranicy, która wystąpiła w Polsce.

AdS:: Pamiętam, że kiedy byliśmy w Polsce ktoś wspominał, że ostatnim rockandrollowym zespołem, który wystąpił przed nami w Warszawie byli The Rolling Stones, a w międzyczasie przyjeżdżali tylko artyści jazzowi albo komercyjne gwiazdki.

Czy wiecie, że nazwa Raincoats pojawia się w każdej publikacji na temat punkrocka w Polsce? Wasz koncert zainspirował późniejszszych liderów warszawskiej sceny punkrockowej, o czym często wspominają zresztą w wywiadach...

GB: Och, to wspaniale!

AdS: Nie miałyśmy o tym pojęcia, ponieważ oczywiście nie mówimy po Polsku...

GB: Mam gdzieś tę jedyną recenzję naszego wsytępu - muszę ją kiedyś znaleźć - napisano w niej że wyglądałyśmy jak dziwki które uciekły z więzienia. 

Krążą opowieści o imprezie, którą urządziłyście w pokoju hotelowym, oraz o tym, że obdarowałyście warszawskich punkowcow farbą do włosów.

GB: Tak, to nazywało sie Crazy Colour.

Czy przychodzą wam do głowy jakieś inne wspomnienia z tej wyprawy?

GB: Może nie powinnam tutaj o tym mówić, ale pamiętam dosyć niemiłe wydarzenie. Wzięłyśmy ze sobą z Anglii mnóstwo punkowych singli. Później, chciałam trochę podidżejować w jakimś klubie, ale powstrzymali mnie bramkarze. Rzekomo kobietom nie wolno było wchodzić do budki didżeja. Wsciekłam się i nie chciałam wyjść, więc doszło do tego, że wywlekli mnie z klubu i zostawili na zewnątrz na chodniku. Byłam wściekła. Następnego dnia menedżer klubu przyszedł do hotelu przepraszać mnie z tego powodu.

AdS: Gina zaprosiła dziewczynę poznaną w hotelu na nasz koncert. Okazało się, że nie wpuszczono jej, ponieważ nie należała do odpowiedniego stowarzyszenia. Ale generalnie jesteśmy zadowolone, że tam pojechałyśmy...

GB: Wiesz, w tym czasie studiowałyśmy w szkole plastycznej, gdzie wszystko było dozwolone, i było to na swój sposob nudne. I nagle pojechałyśmy do kraju rządzonego dziwnymi zasadami, którym musiałyśmy się przeciwstawiać. Ale oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że było nam łatwiej ponieważ miałyśmy możliwość tego, aby swobodnie opuścić ten kraj. Polakom znacznie trudniej było wówczas walczyć z reżimem.

AdS: Na nasz koncert przyszła publiczność, która wyglądała tak jakby poprzebierała się za punków. To było bardzo słodkie - rozumiesz, podarte ciuchy z napisem punkrock, okulary bez szkieł, etc... Było to pewne wydarzenie, które pozwoliło im na moment buntu w otaczającej ich rzeczywistości. 

GB: Pamietam też, że chodziłyśmy do barów mlecznych i podawano tam coś co smakowało jak przeterminowane mleko. To było dla nas coś niezwykłego... (smiech) 










[ Ulotka z warszawskiego koncertu The Raincoats, strona B ]



Po powrocie z Polski ukazał się wasz pierwszy album.

AdS: To trwało jeszcze trochę.

GB: W międzyczasie pojechałyśmy na trasę z zespołem Kleenex.

AdS: Nagrałyśmy singla w kwietniu 1979 i później pojechałyśmy na trasę z Kleenex

GB: Palmolive została wyrzucona z The Slits, a my nie mogłyśmy zrozumieć, jak mogły wyrzucić tak niezwykłą perkusistkę. W tym czasie grał z nami na bębnach jej szwagier i zasugerował, by zaprosić ją do grania. To właśnie ona wpadła na pomysł, byśmy poszukały skrzypaczki.

AdS: Nie tak dawno temu spotkałyśmy się z nią w Nowym Jorku, po wielu latach niewidzenia. wyznała wtedy, że w tamtym czasie była opętana ideą, by zmiksować punka z muzyką klasyczną. Nic z tego jednak nie wyszło

GB: Palmolive była pełna niezwykłych pomysłów, jednak kiedy dołączyła do Raincoats miałyśmy już wtedy bardzo mocną świadomość tego, co chcemy osiągnąć. Chyba lepszym wyjściem dla niej byłoby wtedy założenie własnego zespołu. Ja sama byłam zachwycona faktem że, Palmolive grała z nami, jednak mogę sobie wyobrazić, że nie było to to, czego ona naprawdę oczekiwała.

AdS: Wydaje mi się, że była ona zadowlona z tego, jak robimy razem muzykę. Chyba mniej zadowlona była z życia i szukała własnej duchowej drogi - wyjachała do Indii, i tak dalej... Myślę, że po prostu miała dosyć bycia w zespole.  

GB: To właśnie jej pomysłem była próba włączenia do zespołu instrumentów klawiszowych i skrzypiec. I tutaj pojawiła się Vicky Aspinall , która wywodziła się ze środowiska jazzrockowego i było to coś strasznego. Musiałyśmy znaleźć sposób na zintegrowanie tych nowych elementów z tym, co robiłyśmy wcześniej, i wydaje mi się, że wyszło nam coś wyjątkowego. 



Na waszym drugim albumie wystąpił sam Robert Wyatt. Jak doszło do tej współpracy? 


GB: Robert współpracował wcześniej z Geoffem (Travisem - przyp. WK) i z Adamem (Kidronem - przyp. WK), który realizował nasze płyty. Palmolive opuściła wtedy zespół, przez jakis czas grała z nami Ingrid i ktoś zasugerował, by spróbować nagrać kilka kawałków z Robertem. Zagrałyśmy nawet z nim na żywo i był to chyba jeden z jego pierwszych występów na scenie od czasu jego wypadku. To, że zgodził się zagrać z nami na żywo było dla nas wielkim przywilejem. Miałyśmy już wtedy nagrane piosenki, a on po prostu dołączył do nas i nagrał te niezwykłe partie perkusji. Był przyzwyczajony do różnych dziwnych kombinacji, progresywnych i jazzowych rzeczy, tak że dla niego nie było to nic niezwykłego i zrobił to w cudowny sposób. To dosyć niezwykła osoba z interesującymi poglądami na życie, bezustannie myśląca i twórcza. 












[The Raincoats, 1979]


Inna osoba, której nazwisko zwykle pada przy historii Raincoats, to Kurt Cobain...

GB: Kto? (śmiech) Myślę, że życzyłybyśmy sobie poznać go trochę lepiej.

AdS: Miało to na nas wielki wpływ. Mnóstwo osób zaczęło słuchać naszej muzyki, ponieważ pytany o swoje ulubione zespoły zawsze wymieniał nasz. Dzieciaki nie słyszały o nas wcześniej i pomyślały: 'Jeśli on ich lubi, to muszę spróbować dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi'. Zaczynali więc szukać naszej muzyki, kończąc na zakupie egzemplarza 'The Kitchen Tapes'(śmiech)

Właśnie, powiedzcie coś więcej o tym albumie.

AdS: Ja sama dopiero niedawno polubiłam tę płytę. W tamtych czasch nienawidziłam jej, nie mogłam jej słuchać. Ciągle są na niej fragmenty, których nie lubię, ale myślę, że teraz brzmi to znacznie lepiej. Może nie lubiłam tej płyty także dlatego, że powstała ona w niezbyt dla nas miłym czasie, kiedy zespół zaczął się rozpadać? Nie byłam wtedy zbyt szczęśliwa, i muzyka z tamtych czasów kazała myśleć o nich na nowo. Ale generalnie, nie lubię tej płyty, bo miks nie brzmiał zbyt dobrze, a parę utworów zostało po prostu spieprzonych.

Jak doszło więc do jej powstania?

GB: Grałyśmy wtedy w Stanach i było nas stać tylko na bilety w jedną stronę. Musiałyśmy zrobić coś, by wrócić do domu, i dostałyśmy propozycję, by nagrać sesję na żywo. Myślałyśmy, że będzie to raczej małe, jednorazowe wydarzenie, niż trwały element naszej spuścizy. Przez jakiś czas 'The Kitchen Tapes' było natomiast jedyną osiągalną pozycją z naszej dyskografii...

AdS: Może poza epką, którą nagrałyśmy później ze Stevem Shelley. Myślę, że większość ludzi zaczęła słuchać Raincoats właśnie od tych płyt, a nie od naszych klasycznych albumów. Wydajemy teraz ich reedycje, więc myślę, że będzie można w końcu poznać nasz zespół nieco lepiej. 

Czy spodziewałyście się, że Raincoats znajdą tylu naśladowców, głównie w Stanach? W latach 90. powstało tam mnóstwo zespołów nawiązujących do waszego dorobku, a także pokrewnych wam grup jak Kleenex czy The Slits.

GB: Tak naprawdę, to byłyśmy tym trochę zaszokowane. Po rozwiązaniu zespołu straciłyśmy wszelkie złudzenia. Punk zniknął z mapy, Margaret Thatcher została premierem, dostaliśmy MTV plus wszystkie te koszmarne zespoły pokroju Spandau Ballet, a ikoną kobiecości stał się Boy George. W pewnym sensie straciłyśmy siłę i pomysł na to, by ciągnąć to dalej. 



Jak wygladał wasz powróot na scenę w połowie lat 90., kiedy na topie był tzw. 'rock alternatywny'?

GB: Bardzo wielki wpływ wywarł na nas ruch Riot Grrrl. Przez dobre kilka lat nie chodziłam na koncerty, aż do momentu, kiedy Ana i Steve Shelley wyciągnęli mnie na koncert. Zetknęłam się tam z wielką ekscytacją i energią - grały: Huggy Bear, Sister George i Voodoo Queens. Pod scenś stały dziewczyny naładowane energią. Było to olśnienie: 'Wow, bardzo mi to pasuje. Moge znów zacząć chodzić na koncerty i dobrze się na nich bawić'. Byłam teś na nich mile widzana i traktowana po przyjacielsku.

AdS: Poza tym miały one własny styl. Mówiono, że to zaczęło sie od nas, ale Riot Grrrl były inne, bardziej dziewczęce. Nosiły się w jaskrawych kolorach, wplatały wstążki i mówiły: 'Jesteśmy dziewczynami i jesteśmy z tego dumne'. Niosły z sobą bardzo ważne przesłanie i nie pozwoliły publiczności ze sobą zadzierać. Dochodziła do tego jeszcze cała ta kultura fanzinowa, w której eksponowano własne poglądy i robiono to w mysł zasady 'Do It Yourself'. Było to trochę podobne do tego, co przeżyłyśmy w punkowych czasach.

GB: Z tą różnicą, że było w to zaangażowanych więcej dziewczyn. Punk był zdominowany przez mężczyzn, a to robiły panny, które wyssały feminizm z mlekiem matki. W naszych czasach było to słowo traktowane nieco obraźliwie, a te dziewczyny były aktywne, rozpolitykowane, żywotne i przede wszystkim zabawne. I chciały się tym wszystkim dzielić.  

AdS: Zdecydowałyśmy się wtedy wydać nasze płyty na kompaktach, ponieważ było na nie zapotrzebowanie. Wywarły one wpływ nie tylko na Riot Grrrl, lecz także na te duże zespoły, jak Nirvana i Pavement. Później wpadłyśmy na pomysł, żeby premierę tych płyt zgrać z imprezą, na którą zaprosiłybyśmy inne angielskie zespoły, by zagrały nasze kawałki, i przy okazji same zagrałybyśmy parę numerów. I tak właśnie wylądowałyśmy w domu Giny i pracowało nam sie aż tak dobrze, że postanowiłyśmy zagrać 'normalny' koncert. Dołączyła do nas Ann na skrzypcach i Steve Shelley na perkusji, którzy sprawili, że muzyka zaczęła znów brzmieć świeżo i że warto było robić to dalej.

Wiem, że pracujecie nad filmem o The Raincoats. Czego można się po nim spodziewać?

GB: Nazywam to filmowym esejem. W obecnym stadium przypomina to trochę film dokumentalny, pojawi się w nim wiele osób mówiących o Raincoats, włączając nas same, tudzież dużo nagrań z koncertów i materiałów o Raincoats...

AdS: Także te z Polski

GB: Jest on w połowie gotowy, właśnie staramy się dojść do tego, jak pchnąć to do przodu. Staramy się przejść z tym na kolejny pułap, zdobyć nań jakieś fundusze i zakonczyć prace. Mamy nadzieję, że będzie gotowy w niezbyt odległej przyszłości. Chcemy, by był zarówno piękny i poetycki, jak i pełen treści.



PS: Wywiad ukazał się w drugim numerze pisma M|I, bodajże z roku 2009. Najśmieszniejsza historia z tego spotkania nie została jednak zarejestrowana. Kiedy wylączyłem dyktafon, Gina opowiedziała mi historię o szałowych butach, które kupiła podczas wizyty w Polsce, przywiozła do Londynu i które stały się obiektem zazdrości tamtejszych punkowych dam. Próbowała mi je opisać, ja za grzyba nie mogłem się domyślić o co jej chodzi. W końcu pokazała mi zdjęcie i okazało się, że to super obuwie pochodziło z przydziałowych sotrów odzieży roboczej PRL-owskich sprzątaczek i pracownic uspołecznionej gastronomii. :)



 













[Gina i jej szałowe obuwie z PRL-u]

Intro

Wymyśliłem coś, co na własny użytek nazwałem 'blogzine' i właśnie zdecydowałem się to upublicznić. Ani to stary, poczciwy fanzine, ani też frymuśna strona internetowa, kokietująca efektownym dizajnem i efektami specjalnymi. Jako dziecko szkoły DIY nie potrafię przestać angażować się w krzewienie mojej muzyki na poziomie organicznym. Spróbuję zrobić bloga. Bloga, który ma być poniekąd fanzinem.


Zaczynam od publikacji kilku tekstów, wydrukowanych kiedyś w innych pismach. Co będzie dalej - zobaczymy.